[PODSUMOWANIE] Filmoteka Geralta AD 2019 – Najgorsze filmy roku

Wychodzi na to, że AD 2019 okazał się owocnym rokiem nie tylko dla muzyki, ale też dla filmu. Szczególnie cieszy mnie fakt, że polskie kino od kilku lat jest na właściwych torach i coraz więcej naszych twórców (oraz aktorów) zaczyna istnieć w globalnej świadomości. Joanna Kulig już niedługo wystąpi w Netfliksowej serii Damiena Chazelle’a; Tomasz Kot zagra Nikolę Teslę u Ananda Tuckera (Hilary i Jackie, 1998); a Boże Ciało Jana Komasy w tym momencie walczy o Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Nie dziwne więc, że powróciła do nas miłość do Hollywood, która swoje największe żniwo zebrała w latach dziewięćdziesiątych. Jednak nie każde ziarno okazało się wtedy płodne. I tak w moim zestawieniu najgorszych filmów minionego roku – gdzieś między budżetowymi produkcjami Netfliksa, parodiami oraz tandetnymi horrorami – uplasowały się też „rodzime podróby”, które zaliczyły w moich rankingach „spektakularny” debiut. Mamy już swojego Michaela Baya, Justina Lina, a nawet Davida O. Russella! Dlatego też kolejny przegląd mojej Filmoteki zaczynam od myśli Pewnego razu… w Pollywood, bo jak polski paździerz, to nie tylko komediowo-romantyczny.

Grafika
Hannah Grace chwilę po obejrzeniu kilku pozycji z rankingu

Przy okazji przypominam, że w poniższym podsumowaniu znalazły się produkcje, których polska premiera odbyła w 2019 roku (w kinie, na festiwalach, platformach streamingowych, VOD lub DVD/Blu-Ray). Nie bawię się w żadne kategoryzowanie – film musi się obronić bez względu na gatunek, budżet czy sposób dystrybucji.

Poprzednie podsumowania:
AD 2015
AD 2016
AD 2017
AD 2018


Nie załapały się do rankingu, ale NALEŻY unikać:

6 Underground, reż. Michael Bay;
Anna
, reż. Luc Besson;
Annabelle wraca do domu, reż. Gary Dauberman;
Bliźniak, reż. Ang Lee;
Brightburn: Syn ciemności, reż. David Yarovesky;
Chyba na pewno ty, reż. Nahnatchka Khan;
Iron Sky: Inwazja, reż. Timo Vuoresola;
Klątwa La Llorony, reż. Michael Chaves;
Legiony, reż. Dariusz Gajewski;
Mowa ptaków
, reż. Xawery Żuławski i Piotr Kielar;
Piłsudski, reż. Michał Rosa;
Polityka, reż. Patryk Vega;
Potrójne zagrożenie, reż. Jesse V. Johnson;
Pół wieku poezji później, reż. Jakub Nurzyński;
Rambo: Ostatnia krew
, reż. Adrian Grunerg;
Rzeźnia, reż. Crispian Millis;
Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw, reż. David Leitch;
Świat w ogniu, reż. Ric Roman Waugh;
Vox Lux, reż. Brady Corbet;
W wysokiej trawie, reż. Vincenzo Natali;
X-Men: Mroczna Phoenix, reż. Simon Kinberg;
Zakon Świętej Agaty, reż. Darren Lynn Bousman.


KINÓWKI.pl

MIEJSCE (NIE)HONOROWE:
Godzilla II: Król potworów,
reż. Michael Dougherty

Godzilla (2014) Garetha Edwardsa okazała się udanym startem dla „potwornego” uniwersum Warnera. Film miał oczywiście swoje wady (m.in. szczątkową historię), ale od strony inscenizacyjnej trudno było mu cokolwiek zarzucić. Przez większość seansu tytułowe monstrum było w cieniu i dopiero bliżej finału ujrzeliśmy je w pełnej krasie. Fani czuli więc lekki niedosyt. Dopiero sequel w reżyserii Michaela Dougherty’ego (Krampus, 2015) miał oddać sprawiedliwość Królowi Potworów. Szkoda tylko, że na beztroską „naparzankę” z Gidorą, Rodanem i Mothrą trzeba czekać aż dwie godziny, bowiem twórcy, zamiast skupić się na rozrywce, przemycają do swojego filmu proekologiczne przesłanie oraz mętną rodzinną dramę. Ludzcy bohaterowie mają szczątkowe motywacje, są płytcy i jednowymiarowi, a ich tyrady na temat przywrócenia naturalnej równowagi do niczego nie prowadzą. Szkoda aktorskich talentów Millie Bobby Brown, Charlesa Dance’a oraz Very Farmigi na tego typu dyrdymały.

OCENA: 3/10


10

10. Polar,
reż. Jonas Åkerlund

Web-komiks Victora Santosa to świetny materiał na animację, ale nie film aktorski sygnowany logiem Netfliksa. Jonas Åkerlund, twórca omawianej adaptacji, w swojej karierze miewał gorsze (Horsemen – Jeźdźcy Apokalipsy, 2009) i lepsze (Władcy chaosu, 2018) chwile, a Polar w tej materii niczego nie zmienił. Co więcej, okazał największą porażką reżysera, tym bardziej, że w jego projekcie wzięły udział naprawdę znane nazwiska (Mads Mikkelsen, Katheryn Winnick, Matt Lucas, Vanessa Hudgens, Richard Dreyfuss). I co z tego wyszło? Tendencyjny sensacyjniak o emerytowanym zabójcy ściganym przez swojego ex-pracodawcę. Inwencji w tym za grosz, a całości nie pomaga wciśnięta na siłę neonowa estetyka na Johna Wicka (2014) podkręcona przez groteskowe akcje rodem z Tylko strzelaj (2007). Odrobinę serca widać tylko w prowadzeniu relacji między Duncanem (Mikkelsen) a Camille (Hudgens), ale to zdecydowanie za mało, by uczłowieczyć „potwora Frankensteina”, jakim okazał się Polar. Netflix zaserwował swoim widzom festiwal bezsensownej przemocy, teledyskowego montażu oraz krindżu (któremu wtóruje żenujący Matt Lucas). Oczywiście znajdą się osoby, które będą czerpać z tego frajdę, ale dla większości seans odbije się czkawką. I to w najlepszym wypadku.

OCENA: 3/10


9

09. Replikanci,
reż. Tanya Wexler i Jeffrey Nachmanoff

A jak już jesteśmy przy Johnie Wicku… Wydawałoby się, że będący na fali popularności Keanu Reeves zaczął rozsądniej dobierać sobie role. I po części tak jest (Toy Story 4, 2019), ale mimo to wciąż – trudno powiedzieć czy z potrzeby zarobku, czy czystej pasji – grywa w podręcznikowych paździerzach pokroju Replikantów. Ale o dziwo w tym budżetowym dziełku drzemie ogromny bekogenny potencjał. Poznajemy więc historię naukowca (Reeves), któremu w wypadku samochodowym ginie cała rodzina. Brzmi dość standardowo, prawda? Tylko pozornie. Facet po całej sytuacji, z której jako jedyny wyszedł cało (!), bez większego stresu zgarnia zwłoki bliskich (!!), ot tak pożycza sobie sprzęt od swojej firmy (!!!) i postanawia przenieść świadomość familii (!!!!) do stworzonych w piwnicy klonów (!!!!!). Brzmi jak kampowy klasyk, prawda? Cóż, nie do końca… Twórcy nie potrafią spojrzeć na cały temat z dystansu, więc wciskają widzowi – absolutnie na poważnie! – opowieść o pozytywnych aspektach transhumanizmu i „zabawy w Boga”. Co więcej, paskudnie stronniczą, niesilącą się na refleksję, ale na szczęście też ulotną. W sumie jedyna rzecz, jaka po seansie zostaje w pamięci, to jeden z najgorzej animowanych robotów w historii kina.

OCENA: 3/10


8

08. IO,
reż. Jonathan Helpert

W skrócie: klasyczny netfliksowy snuj, który swoje finansowe braki usprawiedliwia arthouse’ową otoczką i ważnym przesłaniem. IO to półtoragodzinny wykład o problemach współczesnego świata – napuszony, niezawiązujący żadnej sensownej dyskusji, a na dodatek boleśnie nudny – będący przy tym (tu zaskoczenie!) melodramatem. Ale nawet on zarysowany został zdawkowo, bo między Margaret Qualley a Anthonym Mackle’em nie ma żadnej chemii. Twórcy jednak, w przerwach między amorami, co rusz rzucają filozoficznymi aluzjami (wręcz mrugają oczkiem do widza) oraz pustymi frazesami na temat samotności. Jak na obraz, który ma na celu pokazać Ziemię u schyłku zagłady tak naprawdę niewiele się tu dzieje. Właściwie to przez cały seans nic się nie dzieje. Oczywiście, pełno tu ładnych krajobrazów i panoram, ale trudno jest je podziwiać, kiedy w tle przewijają się tyrady głównej bohaterki – cichej zbawicielki, pragnącej za wszelką cenę udowodnić, że nasza planeta wciąż nadaje się do zamieszkania. Coś kiepsko udała się ta katastrofa klimatyczna, podobnie zresztą jak cały film.

OCENA: 2/10


KINÓWKI.pl

07. Diabeł: Inkarnacja,
reż. Dietrik Van Rooijen

Czego się spodziewaliście po takim tytule, jeśli nie horrorowej kaszany? Tym razem polski dystrybutor (UIP) miał dobrego nosa do tłumaczenia. Diabeł: Inkarnacja vel The Possession of Hannah Grace opiera się na pomyśle podpatrzonym od – skądinąd całkiem niezłej – Autopsji Jane Doe (2016). Do kostnicy zostaje przewiezione ciało tajemniczej dziewczyny, która zmarła wskutek nieudanego egzorcyzmu. Oczywiście okazuje się, że nieboszczka wciąż jest opętana przez diabelskie moce, z którymi – chcąc nie chcąc – mierzy się niejaka Megan (Shay Mitchell), nowozatrudniona pracownica nocnej zmiany. I wszystko byłoby w porządku, gdyby reżyser potrafił zestawiać ze sobą dwie różne tonacje. Na jednym biegunie znajduje się więc kiczowaty horror okultystyczny, na drugim zaś psychodrama o przepracowywaniu traumy. Główna bohaterka walczy jednocześnie z uzależnieniem, wyskakującą zewsząd demoniczną mordą oraz scenopisarską drętwotą. Van Rooijen, pomimo wszelkich starań i szlachetnych pobudek, nie rozumie założeń postgatunkowego kina grozy. Pod skórą niby-ambitnego horroru skryła się co najwyżej parodia. Niezbyt udana to inkarnacja.

OCENA: 2/10


KINÓWKI.pl

06. Ma,
reż. Tate Taylor

Mając na pokładzie aktorską petardę na miarę Octavii Spencer oraz zdolnego reżysera w postaci Tate’a Taylora można było nakręcić dosłownie wszystko. Tym razem nasz nierozłączny duet postanowił zerwać nieco ze swoim emploi. I tak twórca Służących (2011) schylił się w stronę kina grozy, a aktorka na pewien czas rozstała się z wypracowanym przez lata wizerunkiem „fajnej cioci”. Niestety zamiast intrygującej opowieści o zemście i obsesji, stawiającej na zabawę konwencją, otrzymaliśmy dreszczowiec wyjęty z innej epoki. Tytułowa antagonistka (Sue Ann vel Ma) wygrana jest na kontrastach – pozornie ma wzbudzać w nas strach i współczucie, ale przez koszmarne decyzje reżysera wywołuje co najwyżej obrzydzenie i uśmiech politowania. Spencer pretenduje do bycia współczesną wersją Misery, ale w ogóle nie odnajduje się w roli psychopatki. Jej „mięsiste” szarże wypadają sztucznie i groteskowo. Poza tym twórcy olewają parodystyczny potencjał całej historii i zupełnie na poważnie przyglądają się problemom rasowości, płci czy marginalizacji. Ma przypomina trochę imprezę dla nastolatków, zorganizowaną właśnie przez pocieszną ciotkę, z której każdy wyjdzie znudzony i skołowany.

OCENA: 2/10


KINÓWKI.pl

05. Fighter,
reż. Konrad Maximillian

Teraz przyszedł czas na sekcję: „polski (wpisz dowolny hollywoodzki film)”. Amerykanie mieli swojego Fightera (2010, reż. David O. Russell), więc my mamy być gorsi? Debiut Konrada Maximilliana to sklejka wyeksploatowanych przez kino bokserskie klisz, który na dodatek przeszedł poważny kryzys tożsamości. I tak w jednym momencie oglądamy historię o samczym konflikcie, chwilę później śledzimy coś na wzór opowieści inicjacyjnej, aż w końcu lądujemy w samym środku „wydumanej” kryminalnej intrygi. Scenopisarka konsekwentność jest tu porażająca, a jeśli dodamy do tego koszmarnie napisane dialogi oraz postacie rodem z telewizyjnych tasiemców, to otrzymamy modelową definicję filmowego lenistwa. Gdyby jeszcze sceny walk rekompensowały tę mordęgę, ale nawet na tej płaszczyźnie twórcy ponieśli sromotną porażkę. Pal licho, że nie czuć siły ciosów; największym problemem jest montaż bijatyk – wszystkie zostały „pociachane” przez jakiegoś pijanego filmowca. Kwestię aktorstwa lepiej przemilczeć, poza jednym nazwiskiem. Pan Mikołaj „jestem, kurwa, mistrzem!” Roznerski powinien zająć się czymś innym niż graniem w filmach. Zeszłoroczny Underdog – swoją drogą również nakręcony przez debiutanta, Macieja Kawulskiego – trudno było nazwać dobrym kinem sportowym, ale Fightera bez problemu położył na łopatki. I to w pierwszej rundzie.

OCENA: 2/10


4

04. Diablo. Wyścig o wszystko,
reż. Michał Otłowski i Daniel Markowicz

No dobra, na warsztat wjechali polscy Szybcy i wściekli (2001). Co tym razem mogło pójść źle? Głośna muzyka, ryk silników, nielegalne wyścigi, źli gangsterzy, strzelaniny i cały jeden wybuch (!) na film – Justin Lin i Michael Bay mogą czuć się zagrożeni… Bo po obejrzeniu tego dzieła, o ile kiedykolwiek na nie trafią, zostaną umysłowo poturbowani. Twórcy Diablo już na pierwszym zakręcie zaliczają spektakularną kraksę. Mamy więc protagonistę, który zbiera pieniądze na operację dla młodszej siostry (cierpiącej na scenariuszową umowność); karykaturalnego złola (Roznerski na pełnym gazie!); miłość o podłożu klasowym (Szekspir wymięka!); a nawet polskiego Dominica Toretto vel Rafała Mohra (ten akurat jest całkiem spoko). Generalnie produkcja Otłowskiego i Markowicza – głównie przez swoją nieporadność – potrafi przywołać uśmiech na twarzy, ale są to jedynie pojedyncze przypadki. Widz przez większość seansu zmuszany jest do walki z chaotycznym montażem, siermiężnymi dialogami oraz nudą. Jak przystało na „adrenalinopędny” akcyjniak wyjęty z lat dziewiećdziesiątych nie mogło też zabraknąć ikon kina z tamtego okresu, w tym: Cezarego Pazury, Agnieszki Włodarczyk. Katarzyny Figury, Cezarego Żaka, Mirosława Zbrojewicza oraz Bogusława Lindy. Ten ostatni zresztą – wzorem ostatnich odsłon Szybkich i wściekłych – pojawia się w napisach końcowych jako potencjalny łotr drugiej części. Strach się bać…

OCENA: 2/10


3

03. Doom: Annihilation,
reż. Tony Giglio

Muszę się do czegoś przyznać… Podobał mi się Doom (2005) Andrzeja Bartkowiaka – to jedno z moich guilty pleasure, do którego wracam w chwilach beztroski. Okej, z grą id Software miał niewiele wspólnego, ale wciąż szanuję go za: praktyczne efekty, The Rocka i Karla Urbana (bo chłopaków dobrze ogląda się na ekranie), Nine Inch Nails w napisach końcowych oraz KOZACKĄ sekwencję FPP. Będąc „szczawiem” bawiłem się wybornie, ale nawet teraz zapewnia mi dobrą rozrywkę. I jakież było moje zdziwienie, kiedy w tym roku – zupełnie przypadkiem – trafiłem na drugą adaptację Dooma. Annihilation – bo tak brzmi podtytuł filmu – wierniej trzyma się wydarzeń z gry (szczególnie trzeciej części), ale wygląda jak produkcja „straight-to-telewizja-Puls”. Charakteryzacja jest absolutnie najgorsza, scenografia uboga (choć stara się oddać klimat map z oryginału), a scenariusz… Kiedy grupa marines zaczęła rozmawiać przy śniadaniu o zaginionych majtkach jednej z koleżanek, wiedziałem, że czeka mnie podróż przez dziesiąty krąg piekła. I tak, nawet zeszłoroczny Hellboy wydaje się przy tym sielanką. W sumie jedyne, co warto pochwalić, to finałowe starcie Joan Dark (tak, nasza Doom Girl właśnie tak się nazywa) z demoniczną armią. Efekty CGI potrafią tam pozytywnie zaskoczyć, choć sama walka od strony inscenizacyjnej wygląda, mówiąc delikatnie, padacznie. Wolę jednak naukowy bełkot i The Rocka z pierwszej adaptacji niż teologiczne wyrzygi łamane na inwazję z innego wymiaru. Można by rzec: anihilacja spełniona. Szkoda tylko, że kosztem widzów.

OCENA: 1+/10


KINÓWKI.pl

02. Kobiety mafii 2,
reż. Patryk Vega

W tym roku naprawdę nie chciałem pastwić się nad Patrykiem Vegą. Dlatego też wyrzuciłem z głównego zestawienia Politykę – jest po prostu przebrzmiała i nadęta, nie odkrywa przed widzem żadnych prawd objawionych. Co innego kontynuacja Kobiet mafii… To już dużo większy kaliber. Pierwszą część przynajmniej starała się być filmem – miała jakąś tam fabułę, wątki się zazębiały, a aktorskie szarże dawały namiastkę rozrywki. Ot, zwykłe śmieciowe kino. Dwójka to już zbiór losowych scenek wyjętych z kiepskiego kabaretu, w których szczytem komedii okazuje się strzelanie do jadącego na rowerze niedźwiedzia (sic!). Kłania się sławetny Kult (2006) z Nicolasem Cage’em. Do wesołej gromadki gangsterek – składającej się z Agnieszki Dygant, Aleksandry Popławskiej oraz Katarzyny Warnke – dopisały się jeszcze Aleksandra Grabowska oraz kolumbijska gwiazda, Angie Capeda. Z tą ostatnią zresztą wiąże się bodaj najbardziej absurdalny wątek w całym filmie – miłośnicy Narcos (2015-2017) oraz przaśnych występów Piotra Adamczyka powinni być ukontentowani. Oczywiście Vega w całym tym pierdolniku nie stroni od bluzgów, seksistowskich żarcików, przemocy oraz paskudnej stereotypizacji. Ktoś powie, że reżyser ma taki styl i czepiam się na siłę, ale w tym wypadku trudno jest mówić o jakiejkolwiek „autorskości”. Gdyby Kobiety mafii 2 miały budżet hollywoodzkiej superprodukcji, mogłyby być kolejnym filmem Michaela Baya. A więc… Polacy nie gęsi, swojego Baya mają. Śmiać się czy płakać?

OCENA: 1/10


1

01. Holmes i Watson,
reż.
Etan Cohen

Nie, to nie jest film Ethana Coena, choć podobieństwo nazwisk może co niektórych zmylić. Ten pan nie ma nic wspólnego ani z Big Lebowskim (1998), ani z To nie jest kraj dla starych ludzi (2007). Był za to współscenarzystą Jaj w tropikach (2008), więc wydawałoby się, że facet ma dryg do parodii. Pomysł obśmiania książek Conana Doyle’a powinien być komediowym samograjem, tym bardziej że w Holmesa i Watsona mieli wcielić się Will Ferrell oraz John C. Reilly – duet, który świetnie sprawdził się m.in. w Braciach przyrodnich (2008). Niestety na dobrym pomyśle się skończyło. Obraz Cohena to jedno z najbardziej obleśnych, żenujących, przeszarżowanych i niezręcznych doświadczeń w historii kina. Po jego obejrzeniu wołasz kogoś dorosłego, potem bezskutecznie starasz się zmyć z siebie cały brud… Ale nawet siedmiokrotny prysznic z użyciem rozpuszczalnika i pumeksu nie usunie wstydu, jaki ogarnął cię po seansie. Mało tego, jeśli myśleliście, że na celowniku reżysera znalazły się wyłącznie książkowe i filmowe inkarnacje Holmesa, to jesteście w dużym błędzie. Ogromne cięgi zebrały też inne dzieła popkultury. Scena, w której Watson i jego dziewczyna smarują trupa lepką mazią pod Unchained Melody, parodiując jednocześnie ikoniczną scenę z Uwierz w ducha (1990), idealnie podsumowuje komediowe wyczucie twórców. Aż dziw bierze, że w takim kupsztalu, bo inaczej tego wyrobu nazwać się nie da, wystąpili też Ralph Fiennes, Hugh Laurie oraz Rebecca Hall. Holmes i Watson nie powinni trafić na tę filmową zagadkę – to jawna zbrodnia na widzach i uznanych aktorach.

OCENA: 1/10


Przegląd corocznego filmowego śmietnika można uznać za zamknięty! Co w nim znaleźliśmy? Vege-paszę, dwie polskie podróbki, wąsatego Hannibala, adaptację gry, podwójną porcję spleśniałej grozy, sklonowaną rodzinkę, poradnik po bieda-apokalipsie, napromieniowaną Godzillę oraz prawdziwe „creme de la creme”, czyli płytę DVD Holmes i Watson (stan idealny, zafoliowana, owinięta łańcuchami, zabezpieczona zaklęciem). To były obfite łowy… A już w następnym podsumowaniu odkryjemy, które zeszłoroczne pozycje znalazły się na (lepszym) podium mojej Filmoteki.

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s