[RECENZJA] Shazam! (2019)

KINÓWKI.pl

Outsiderka

Shazam! w ogóle nie wygląda jak pozycja z kinowego uniwersum DC. Jest pełen gagów, dobrze napisanych postaci, błyskotliwych puent – generalnie całkowicie odcina się od napuszonego tonu swoich poprzedników, co tym bardziej wychodzi mu na dobre. Pierwsze zwiastuny sugerowały, że produkcja pójdzie w stronę młodzieżowego filmu superhero pokroju Spider-Man:Homecoming, jednak i ten trop okazał się nietrafiony. Obraz Davida F. Sandberga przywodzi na myśl Iniemamocnych (2004), ale tylko od strony tematycznej, bowiem nie ma on tak ogromnej skali jak klasyk Brada Birda. Shazamowi! bliżej jest do ciepłego, niezależnego kina eksplorującego problem więzów krwi, aniżeli akcyjniaka z trykociarzami. I aż dziw bierze, że tak lekkie kino nakręcił spec od kina grozy, twórca Kiedy gasną światła (2016) i Annabelle: Narodziny zła (2017).

Billy’emu Batsonowi (Asher Angel) daleko jest do archetypu nastoletniego herosa. Za cel – zamiast prowadzenia szkolnego życia i rozwijania jakichkolwiek zainteresowań – obiera sobie poszukiwanie biologicznej matki, która przed wieloma laty go zgubiła. Chłopak zmienia rodziny zastępcze jak rękawiczki i nie ubiega się jakoś szczególnie o akceptację – jego zdaniem ognisko domowe może powstać wyłącznie z tej samej krwi. Chcąc nie chcąc Billy trafia pod dach Vasquezów, którzy na co dzień opiekują się gromadką adoptowanych dzieci. Tam też poznaje Freddy’ego (doskonały Jack Dylan Grazer), swojego rówieśnika i przyszłego kompana, mającego fioła na punkcie popkultury. Wtedy historia nabiera tempa: młody Batson spotyka czarodzieja (Djimon Hounsou), który obdarza go nietypową mocą. Chłopak, po wypowiedzeniu słowa Shazam!, zmienia się w dopakowanego herosa wyjętego ze Złotej Ery komiksu (Zachary Levi). Zanim jednak nasz outsider przejdzie superbohaterską inicjację, będzie musiał poznać wartość prawdziwej rodziny. A zadanie to wcale nie będzie takie proste, tym bardziej, że miastu zagraża zło w postaci niejakiego Thaddeusa Sivany (Mark Strong).

ND4MJSPQ5FEU3AG5UQ2CZ6FR7E
Zachary Levi, Jack Dylan Grazer

Na pierwszym planie rysuje się więc komedia kumpelska, której radośnie wtórują Billy i Freddy. Ten pierwszy to klasyczny człowiek czynu – najpierw robi, potem myśli – drugi zaś okazuje się typem mózgowca. I panowie tworzą naprawdę zgrany duet. Przyboczny naszego Shazama doskonale zna popkulturę, a jego „konikiem” są superherosi i ich moce. Generalnie Sandbergowi udało się zbudować świat, w którym bohaterowie nie są zwykłymi figurami, a elementem kultury masowej mającej ogromny wpływ na społeczeństwo. To zaskakująco świeże podejście w tym gatunku. Wracając jednak do chłopaków, Freddy staje się więc swoistym mentorem i menedżerem Billy’ego – zakłada mu konto na YouTube, wymyśla mu nowe ksywki (niestety Kapitan Marvel został już zarezerwowany dla pewnej heroiny*), prowadzi na nim  szalone eksperymenty i z miejsca buduje się między nimi szczera przyjaźń. W międzyczasie twórcy ogrywają koncept wyjęty z Dużego (1988) Penny Marshall. Motyw dziecka uwięzionego w ciele dorosłego jest nośnikiem wielu zabawnych gagów, które, o dziwo, wybrzmiewają bardzo naturalnie. Nasz duet zachowuje się tak, jak przystało na zajaranych nastolatków (ogromna w tym zasługa świetnej chemii między Angelem a Grazerem), nawet jeśli jeden z nich zamienia się w worek mięśni odziany w czerwono-żółty trykot.  Zachary Levi – aktor pozornie mało charakterystyczny, przewijający się filmach na dalszych planach – okazuje się więc największą energią filmu. Aktor bezbłędnie oddaje maniery i zachowanie Billy’ego, wypada autentycznie w scenach dramatycznych, a jak już szarżuje, to z odpowiednią pompą.

Na szczęście Shazam! stoi nie tylko humorem, ale też sercem. Bo oprócz „śmieszkowania” z konwencji kina superhero, Sandberg uwypukla także wątek familijny.  Billy widzi rodzinę wyłącznie przez pryzmat więzów krwi, dlatego też zbyt poważnie traktuje swoje poszukiwania. W konsekwencji nie dostrzega dobra, jakim obdarzają go inni ludzie i skupia się wyłącznie na jedynej, słusznej prawdzie. A te, jak to zwykle bywa, niejednokrotnie są przyczyną naszych rozczarowań. Z jednej strony mamy tu więc klasyczny topos wyrzutka poszukującego stabilizacji, z drugiej zaś opowieść inicjacyjną dziejącą się na dwóch płaszczyznach – tej superbohaterskiej i stricte realistycznej. Nie byłoby w tym nic nowego (bo klisza „od dupka do mniejszego dupka” była już przerabiana m.in. w Iron Manie czy Doktorze Strange’u), gdyby nie to, że nasz bohater nie musi się oduczać pewnych zachowań, a nauczyć życia w rodzinie. Całej tej familijnej sielance sprzyja  również sceneria – senna Filadelfia, na dodatek ogarnięta bożonarodzeniowym bumem, okazuje się idealnym miejscem do tego typu rozważań. Kto wie, być może Shazam! wkrótce stanie się świątecznym klasykiem?

sevencover.0
Mark Strong

Najgorzej w całym filmie wypada niestety trzeci akt, który musiał zakończyć się rozwałką z superłotrem. Samo zawiązanie akcji jest naprawdę intrygujące i wielka szkoda, że Sandbergowi zabrakło wyobraźni, by lepiej to wygrać. Finał razi sterylnymi efektami, brakuje w nim szalonych pomysłów, ale na szczęście pełno w  nim dobrych żartów. Szkoda również zupełnie niewykorzystanego Silvany, tym bardziej, że wiąże się z nim jeden, bardzo oryginalny pomysł. Shazam! rozpoczyna się bowiem nie od genezy herosa, a łotra – wyreżyserowanej na modłę kina grozy, z wiarygodnym rysem psychologicznym – ale co z tego, jeśli scenariusz w ogóle nie rozwija tej postaci. Dostaje supermoc i staje się klasycznym antagonizmem naszego herosa, nic ponad to. Mark Strong oczywiście stara się jak może, ale jego próby okazują się daremne –  doktor Silvana przypomina trochę Ronana ze Strażników Galaktyki, jednak nie udaje mu się tak dobrze przełamać rozrywkowego tonu filmu.

Przynależność Shazama! do kinowego uniwersum DC została ledwie nadmieniona i nie ma się co dziwić. Obraz Sandberga doskonale radzi sobie na własnych nogach i nie potrzebuje fabularnego balastu poprzedników, by opowiedzieć ciekawą historię. Koniec końców film ma wiele cech wspólnych ze swoim głównym bohaterem – to typowy outsider, z wielkim sercem i ciętym dowcipem, który od czasu do czasu lubi zabłądzić. Nie otwiera też nowych szlaków w adaptowaniu komiksów, ale za to okazuje się ciepłym i bardzo mądrym kinem familijnym. Co więcej – razem z  Wonder Woman (2017) i Aquamanem (2018) – zwiastuje świetlaną przyszłość dla superbohaterskiego świata Warnera. Oby tylko nasi włodarze nie popadli na laurach.

7+/10


*) W komiksach Detective Comics, Shazama częściej spotyka się pod pseudonimem Kapitan Marvel. Niestety ze względu na tegoroczna premierę innego, marvelowskiego filmu (Kapitan Marvel właśnie), nazwa nie mogła zostać wykorzystana. Na szczęście twórcom udało się to zgrabnie wygrać za pomocą masy gagów.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s