[RECENZJA] – Midsommar. W biały dzień (2019)

KINÓWKI.pl

Skål!

Biada tym, którzy przed seansem Midsommar nie wiedzieli, kim jest Ari Aster. Poprzedni film reżysera, czyli Dziedzictwo (2018), był swoistą dekonstrukcją kina grozy podszytą wielowątkową rodzinną dramą, od czasu do czasu przełamywaną wisielczymi gagami. W biały dzień z kolei jeszcze bardziej rozrzuca te gatunkowe tropy, a sam twórca wciąż stosuje nieoczywiste zabiegi stylistyczne, które w ogóle nie uprzystępniają przeszło dwugodzinnego seansu. Obraz, przynajmniej w zwiastunach, wydawał się wariacją na temat horroru pogańskiego, czerpiącego garściami od klasyków pokroju Krwi na szponach szatana (1971) Piersa Haggarda tudzież Kultu (1973) Robina Hardy’ego. I po części tak jest, choć nie do końca w takiej konwencji, jakiej wszyscy by sobie życzyli. Aster zabiera swoje „ofiary” z sal kinowych w iście szalony taniec, w trakcie którego przechadza się obok tendencyjnej psychodramy, sekciarskiego kina grozy oraz komedii. Bo Midsommar to zarówno hołd dla tradycji gatunku, jak i jego parodia, co rusz konfrontujący ze sobą (czasami nawet w jednej scenie) zupełnie różne nastroje.

Reżyser zaczyna historię od iście bergmanowskiej nuty, kreśląc portret pary przechodzącej kryzys. Dani (Florence Pugh) żyje z wiecznym poczuciem winy i za wszelką cenę stara się spełniać oczekiwania swojego chłopaka, Christiana (Jack Reynor). Ten z kolei jest typem niespełnionego karierowicza – związek okazuje się dla niego przeszkodą w osiągnięciu sukcesu (tj. ukończenia pracy doktorskiej). Wydawałby się, że ich relacja ulega wypaleniu, jednak wszystko przewraca się do góry nogami po niespodziewanej tragedii w rodzinie dziewczyny. Więź znowu się utrwala – choć bardzo prowizorycznie, z niekorzyścią dla obydwu stron – ale mimo całych przeciwności para postanawia pojechać z grupką znajomych do pewnej wioski w Szwecji, gdzie akurat odbywa się pozornie niewinne, pogańskie święto.

if-youre-in-a-horror-movie-goats-are-never-a-good-sign

Mniej więcej od tego momentu Midsommar zmienia się w szytą grubymi nićmi metaforę o wychodzeniu z toksycznego związku. Aster wykorzystuje do jej snucia proste zabiegi fabularne – dopowiada co nieco między wierszami (chwilami nawet za dużo), zamienia film w audiowizualny trip, a postacie poboczne traktuje wyłącznie jak pionki w swojej makabrycznej grze. Co więcej, nawet grupka przyjaciół Christiana, murem stojąca za jego niezależnością, oparta została na archetypach znanych z młodzieżowych komedii (nie zabrakło też ordynarnego „śmieszka”, w którego brawurowo wcielił się Will Poulter). I niestety najbardziej wybrakowany z całej paczki okazał się chłopak naszej protagonistki. Scenariusz nie pozwala mu się rozwinąć, traktuje jego punkt widzenia zbyt pobieżnie, choć sam Reynor naprawdę stara się wykrzesać nieco więcej osobowości ze swojego bohatera. Być może był to celowy zabieg, by jeszcze bardziej zaakcentować osobistą podróż jego partnerki? W końcu Aster to mistrz zwodzenia. Koniec końców cały drugi plan – czy to doktoranci, czy kultyści – został wygrany zaskakująco dobrze. Tym bardziej, że musieli oni ustąpić miejsce Dani, niosącej na swoich barkach ciężar całej metafory.

Florence Pugh po mistrzowsku wygrywa depresję – zarówno tę wyciszoną, jak i uzewnętrznioną – a przy okazji przejmuje po Toni Collette pałeczkę królowej krzyku. Aktorka, tak jak wspomniana poprzedniczka, kreuje wzorzec kobiety złamanej – czy to przez osobistą tragedię, czy rolę społeczną, z której nie potrafi się wywiązać. Nie ma własnego zdania, jest naiwna i skrajnie uległa, a cały swój żal wyrzuca w samotni, by uniknąć wstydu i oceny osób postronnych. W swoim chłopaku nie ma wsparcia, bo kierują nim inne priorytety, dlatego też wciąż pozostaje sama z osobistą tragedią. Dziewczyna traktuje więc swój związek jak uzależnienie, które daje jej chwilowe poczucie bezpieczeństwa. W porównaniu do Annie, czyli bohaterki Dziedzictwa, droga Dani do poznania prawdy o sobie okazuje się jeszcze bardziej pokrętna. Skrupulatny przekrój pogańskiej społeczności spełnia swój cel – jest bowiem idealnym miejscem dla opowieści inicjacyjnej o silnym katartycznym ujęciu, w której wyzwoleniem okazuje się moc starodawnych rytuałów. Generalnie już samo przedstawienie pogańskiej komuny można odbierać symbolicznie, głównie jako odbicie współczesnych systemów politycznych lub religijnych.

Z samym odkodowaniem intencji reżysera widzowie nie powinni mieć żadnego problemu. W tej ospałej narracji (szczególnie w drugim akcie) Aster wyjaśnia znaczenie każdego obrządku, posługuje się prostą ikonografią i trudno powiedzieć, czy jest to z jego strony troska o odbiorcę (by, nie daj Bóg, się nie pogubił), czy zwykła zgrywa z tego typu tendencji. Na początku rzeczywiście wszystkie symbole, które miały być fabularnym tropem, podawane są dość łopatologicznie, potem zaś zostają nieco zniekształcone, dzięki czemu sam finał – choć do bólu oczywisty – zostaje wygrany inaczej niż go sobie wymyśliliśmy. Poza tym W biały dzień to nie tylko festiwal makabry, jak przystało na sekciarski (niby)horror, ale też czarnego humoru. Reżyser zupełnie inaczej rozkłada akcenty niż w Hereditary – tym razem drama służy wyłącznie za punkt wyjściowy historii, a całość dość szybko zmienia się w narkotyczny zjazd z elementami grozy i komedii. Absurdalność niektórych scen jest chwilami porażająca (trudno się zdecydować na konkretną reakcję) i najlepsze żarty pojawiają się z zaskoczenia, w scenach potencjalnie niepokojących lub krępujących. Co najlepsze im bliżej końca, tym odbiór Midsommar staje się jeszcze bardziej ambiwalentny. Żenada zamienia się tu z podziwem, strach ze śmiechem, piękno z obrzydzeniem i zupełnie nagle wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, bo widz zamiast narzekać na rozlazłe tempo i fabularne banały, skupia się na samym doświadczaniu. A nie byłoby to możliwe bez zapierającej dech strony audiowizualnej. Muzyka Bobby’ego Krlica idealnie oddaje sielankowo-złowieszczy ton filmu, z kolei kadry Pawła Pogorzelskiego – skąpane w ciepłych, pastelowych barwach, pełne imponujących mastershotów i ujęć z góry – to już operatorski majstersztyk, godny (przynajmniej) nominacji do Oscara.

midsommar4.0
Florence Pugh

Ari Aster, jak żaden inny twórca ze współczesnej nowej fali, potrafi uprzystępnić dość złożone psychologiczne mechanizmy – wyeksploatował już przechodzenie rodzinnej traumy (włącznie z tematem szeroko pojętego dziedziczenia), a teraz postanowił opowiedzieć o czymś bardziej intymnym. Czy z powodzeniem? Nie każdemu będzie odpowiadał rytm filmu, a tym bardziej jego dwubiegunowy charakter, ale przez całą tą swojskość (tudzież egzotykę – zależy od punktu siedzenia) powinien trafić do szerszego grona odbiorców niż chociażby Hereditary. Już samo umiejscowienie akcji w świetle dnia stało się źródłem wielu eksperymentów formalnych, które wpłynęły na nietuzinkowość nowego dzieła Astera. A tych w Midsommar nie brakuje, tym bardziej, że twórca w ogóle nie trzyma się gatunkowych prawideł. Usatysfakcjonowani powinny być więc zarówno miłośnicy post-horroru, jak i kina grozy z kultystami w tle, o ile potraktują całe to „wariactwo” z dużym przymrużeniem oka. Reżyser cytuje bowiem wielu twórców tego nurtu (nie tylko tych uznanych) z charakterystyczną dla siebie szyderą, jednakże nie pomija przy tym ich ogromnego wkładu dla kina. Jak już uprawiać pastisz, to tylko w takim stylu.

W biały dzień uderza w zupełnie inną wrażliwość niż zeszłoroczne Dziedzictwo. Jest to obraz mniej kompleksowy i intensywny, choć równie oryginalny, zgrabnie wpisujący metaforę toksycznej relacji w poetykę pogańskiego horroru. Ari Aster znów irytuje, zwodzi, niepokoi, śmieszy, ale też zachwyca. Skoro w trakcie seansu tli się w człowieku aż tyle emocji, to nie mógł wyjść z tego zły film. Na pewno wymagający i trudny do przebycia – tak samo jak droga głównej bohaterki – ale dzięki temu też niezwykle humanistyczny.

8/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s