[RECENZJA] Dobry omen (2019)

811U9bRQInL._SL1500_

Gdzie diabeł nie może, tam anioła pośle

W tym roku minęło 29 lat od premiery Dobrego omenu, komediowo-apokaliptycznej powieści autorstwa Terry’ego Pratchetta i Neila Gaimana. Zarówno świat, jak i historia od zawsze miały filmowy potencjał – konflikt dobra ze złem, wiedźmy i łowcy tychże, pogoń za Antychrystem, ludzkość u schyłku zagłady – ale niestety trudno było, szczególnie w tamtych czasach, pozyskać środki na jej zekranizowanie. Co więcej książka nie była jakimś przebojem, nawet jeśli przełamywała wiele literackich schematów i przyczyniła się do powstania nurtu zwanego później anielskim fantasy. Z czasem jednak zaczęła zyskiwać coraz większy rozgłos, również w Polsce. Pierwsze plotki na temat potencjalnej adaptacji krążyły na początku lat dwutysięcznych. Projektem zainteresował się sam Terry Gilliam, a w postacie Crowleya i Azirafala mieli wcielić się – podobnież – Johnny Depp i Robin Williams. Niestety pomysł umarł mniej więcej w 2006 roku przez problemy finansowe. Dopiero po przeszło dwóch dekadach od premiery powieści, Neil Gaiman wraz z Rhianną Pratchett (córką Terry’ego) i jej nowo zawiązaną firmą Narrative  postanowili przenieść Dobry omen na mały ekran. I tak 31 maja tego roku na platformie Amazon Prime wylądowała sześcioodcinkowa miniseria, która już na starcie mogła pochwalić się nie tylko imponującą obsadą, ale też wiernym odwzorowaniem fabuły powieści.

Siłą Dobrego omenu – zarówno tego książkowego, jak i zekranizowanego – okazuje się jego przewrotność. Apokalipsa w interpretacji Gaimana i Pratchetta nie jest wzniosła i pełna dantejskich scen rodem z horrorów, a opiera się głównie na komedii absurdu. Nasz Antychryst-wyrostek (Sam Taylor Buck) drogą przypadku trafia do zwykłej prowincjonalnej rodziny – ma grupę wiernych przyjaciół i wyrobia sobie fach w wymyślaniu rozmaitych zabaw. Ba, nawet piekielny ogar, który ma strzec chłopca – na ciche życzenie nieświadomego syna szatana – zmienia się w nieszkodliwego kundelka. Jednak plan Stwórcy (mówiącego głosem Frances McDormand) musi się wypełnić, bez względu na wszystko. Zbliżający się wielkimi krokami Armaggedon nie jest za to na rękę Crowleyowi (David Tennant) i Azirafalowi (Michael Sheen) – Upadłemu i Skrzydlatemu, wielowiekowym przyjaciołom na dobre i złe, którym odrobinę za bardzo spodobało się życie wśród ludzi. Postanawiają więc połączyć siły, by zapobiec masowej zagładzie, a w ich staraniach towarzyszy im niemniej przewrotna śmietanka towarzyska. Od potomkini wiedźmy (Adria Arjona), spadkobiercy rodu łowców czarownic (Jack Whitehall) oraz jego szalonego mentora (Michael McKean), aż po medium i kurtyzanę w jednym (Miranda Richardson).

goodomens_review
Michael Sheen (Azirafal) i David Tennant (Crowley).

Najwięcej czasu ekranowego twórcy poświęcili budowaniu relacji między Crowleyem a Azirafalem, co ma swoje dobre i złe strony. Bohaterowie uosabiają społeczną postępowość, szczególnie na tle czarno-białych światów, w których żyją. Demon nie musi być do szpiku kości zły, a anioł może też okazać się intrygantem – takie świeckie podejście zgrabnie pokazuje, że świat tak naprawdę opiera się na kontrastach. Spoiwem ich więzi – jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało – okazuje się przyjaźń po kres czasów. Niestroniąca od drobnych utarczek, omijająca ideowe konflikty, a przy tym bardzo szczera i wzruszająca. Podobne oddanie nie jest niczym nowym w popkulturze, a tym bardziej w realnym świecie (niech za przykład posłużą tu m.in. relacje J.R.R. Tolkiena i C.S. Lewisa, tudzież Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza), ale wciąż niesie za sobą mądre przesłanie na temat akceptacji i tolerancji. Na szczęście wspomniane  motywy zostały zręcznie poukrywane między dowcipnymi dialogami i one-linerami, co jeszcze bardziej uwiarygodnia ich komitywę. Niektórzy mogą nawet doszukać się w tych kreacjach drobnych aluzji do twórców pierwowzoru – Gaiman ma bowiem mroczniejszą duszę od sielankowego Pratchetta, ale mimo to panowie odnaleźli się na płaszczyźnie literackiej. Jednakże przyjaźń między obydwoma skrzydlatymi nie wypadłaby tak autentycznie na ekranie, gdyby nie talenty Davida Tennanta i Michaela Sheena. Zbudowanie zapadającej w pamięć relacji bazującej na skrajnościach, szczególnie przy obecnym serialowym bumie, to naprawdę wielka sztuka, a odtwórcom głównych ról udaje się to z nawiązką. Co więcej, by jeszcze bardziej ją wyeksponować, Gaiman postanowił dać swoim postaciom więcej wspólnych scen względem książki, co w dużej mierze zbliżyło adaptację Dobrego omenu do rasowego buddy movie.

Niestety skoncentrowanie się na Crowleyu i Azirafalu mocno odbiło się na pozostałych bohaterach. Twórcy niewiele czasu poświęcają Adamowi vel Antychrystowi, a jak już pojawia się na ekranie, to niknie w przetasowanych scenach z innych segmentów. Bo oprócz wcześniej wspomnianych, w serialu przewijają się też perypetie Anathemy Device, kontynuatorki jasnowidzącego rodu Agnes Nutter (Josie Lawrence), która musi sprzymierzyć się z ciamajdowatym informatykiem Newtonem Pulsiferem. Ten z kolei okazuje się potomkiem tropiciela wiedźm, niejakiego Nie-Cudzołóż Pulsifera (w tej roli również Jack Whitehall), odpowiedzialnego za śmierć starej wieszczki. Znów więc powiela się tu myśl „porozumienia ponad podziałami”, co jest jak najbardziej w porządku, ale mimo to nie wybrzmiewa ona tak dobrze jak w wątku Skrzydlatych. Całe perturbacje dodatkowo uprzystępniają zabawne występy Mirandy Richardson i Michaela McKeana, brawurowo wcielających się w postacie Pani Tracy oraz sierżanta Shadwella.

bf81010e25c4249ae302535e8c3524b5
Adria Arjona (Anathema Device) i Jack Whitehall (Newton Pulsifer).

Generalnie największym problemem Dobrego omenu okazuje się narracyjny bezład i usilne trzymanie się struktury powieści, co w przypadku serialu (tudzież filmu) zwykle się nie sprawdza. Wielu widzom może więc przeszkadzać skrótowe potraktowanie pobocznych wątków, co najbardziej widać w rozjeżdżającym się finale. Poza tym takie skakanie z segmentu na segment nie pozwala wykazać się aktorom na drugim planie, którzy zmuszeni są pozostać w cieniu Tennanta i Sheena. Wyjątkiem jest tu może  Jon Hamm w roli Gabriela (ależ on musiał mieć ubaw w trakcie kręcenia!) oraz Frances McDormand, w serialu pełniąca rolę Boga-narratora, a przy okazji podkreślająca literacki rodowód produkcji. Niestety epizody Dereka Jacobiego (Metatron) oraz Benedicta Cumberbatcha (Szatan) okazały się absolutnym nieporozumieniem – występy aktorów są tu dosłownie kilkusekundowe i nie wnoszą nic do samej historii (choć ten pierwszy powinien, ale część jego obowiązków w serii przejął Gabriel). Przez tę ekspozycyjność ucierpieli też Czterej Motocykliści Apokalipsy, którym można było spokojnie poświęcić jeden odcinek. W książce mieli kilka świetnych gagów, a przy okazji byli także barwniejszymi postaciami niż w ekranizacji. Część braków wynika przede wszystkim z ograniczeń budżetowych, które widać nie tylko w okrojonej fabule, ale też w scenografii i efektach specjalnych.

Bądź co bądź – przynajmniej w przypadku strony wizualnej – twórcom sprytnie udało się zakamuflować wszelkie finansowe braki. Sama prezencja światów Skrzydlatych może i jest minimalistyczna, ale z drugiej strony zyskuje na surowym, urbanistycznym charakterze przywodzącym na myśl inną powieść Gaimana – Nigdziebądź. Najważniejsze jednak, że w obu sceneriach odnajdują się przeszarżowane kreacje aniołów i demonów (szczególnie duet Hastur/Ligur, wzorcowo odegrany przez Neda Dennehy‘ego oraz Ariyona Bakare). Nawet efekty CGI, choć chwilami naprawdę niechlujne, jeszcze bardziej uwypuklają tę groteskowo-parodystyczną estetykę. Bo Dobry omen to tak naprawdę cholernie zabawna i mądra komedia fantasy, na dodatek wiernie oddająca literacki styl Neila Gaimana i Terry’ego Pratchetta. Szczególnie czuć tu ducha tego drugiego – jego poczucie humoru, lekkość dialogów, prześmiewczość – co okazało się wspaniałym, niestety już pośmiertnym, hołdem dla twórcy kultowego Świata Dysku. To wręcz wymarzony przyjacielski prezent. No i najważniejsze. W soundtracku nie zabrakło kawałków Queen, wybrzmiewających rzecz jasna w bentleyu Crowleya. Szkoda tylko, że twórcy nie wygrali żartu ze składanką The Best of Queen*, ale i tak sama obecność „Królowej” w serialu cieszy ucho, podobnie jak Tori Amos czy Elvisa Presleya. Świetnie wypada też ścieżka dźwiękowa autorstwa Davida Arnolda – niestroniąca od partii chóralnych, odrobinę barokowa, a dzięki temu też zaskakująco chwytliwa (temat główny dopełniony animowaną czołówką to małe dzieło sztuki).

Na koniec przebiję nieco tę recenzencką ścianę i pozwolę sobie na odrobinę prywaty. Czy będąc sympatykiem literackiego pierwowzoru uznaję Dobry omen za udaną ekranizację? Jak najbardziej. Nawet jeśli w trakcie i po seansie troszkę sobie pomarudziłem – bo całe lata czekałem na jakąkolwiek adaptację – to i tak jestem usatysfakcjonowany. Cieszę się, że Gaiman włożył w tę serię tyle serca i potraktował swój książkowy debiut** z należytym szacunkiem. Może i odrobinę zbyt zachowawczo, ale wciąż z szacunkiem.

7/10


*) W książce każda kaseta, którą włożył Crowley do swojego radia samochodowego, zamieniała się w składankę The Best of Queen.
**) Dobry omen to debiutancka, choć nie w pełni autorska powieść Gaimana. Wcześniej pracował jako dziennikarz, a swoje pierwsze kroki stawiał pisząc scenariusze do komiksów.

3 myśli na temat “[RECENZJA] Dobry omen (2019)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s