[RECENZJA] Hellboy (2019)

KINÓWKI.pl

OH, HELL NO!

Warto zacząć od stwierdzenia, że nowy Hellboy faktycznie nie do końca się udał. Ale czy okazał się tak okropny jak chociażby Catwoman (2004), do którego obraz Neila Marshalla jest co rusz porównywany? Guillermo del Toro jako pierwszy wprowadził postać Piekielnego Chłopca do kina i choć jego interpretacja nieco odkształcała komiksową wizję Mike’a Mingoli, to wciąż świetnie radziła sobie w filmie. Reżyser Labiryntu Fauna (2006) postawił na przystępny charakter, wepchnął do swojego dzieła (zupełnie niepotrzebny) wątek romantyczny, żarty z pogranicza slapsticku i komedii przypadków, a całość zamknął w dość luźnej, wręcz disnejowskiej konwencji. Na szczęście w zamian zaserwował zgrabnie wygrane relacje między postaciami, zapierającą dech stronę wizualną (w szczególności charakteryzację i scenografię) oraz Rona Perlmana, który okazał się wręcz stworzony do roli Hellboya. Brakowało jednak w tym wszystkim bardziej dorosłego podejścia, bowiem świat komiksu – równie mroczny, co groteskowy – nie był znów taką sielanką jak u del Tora. W pierwowzorze mityczne bestie były za pan brat z nazi-okultystami, a wszystkie te dziwactwa zostały oprawiona w minimalistyczne, choć pełne grozy kadry. Czemu by więc nie spróbować tego odzwierciedlić? I tak Hellboy doczekał się rebootu – z nową obsadą i reżyserem, na dodatek z kategorią wiekową R – który miał powstawać pod czujnym okiem Mignoli. Nikt jednak nie spodziewał się, że na plan wejdą producenci i zaczną poprawiać gotowy już skrypt. Atmosfera  siadła, aktorzy nie chcieli robić kolejnych dubli, a praca nad filmem przypominała istną udrękę. Ostatecznie z filmu wyszła bezładna kalka Deadpoola, będąca wzorcowym przykładem straconej szansy.

Produkcja – ku uciesze fanów oryginału – dość wiernie śledzi fabułę z komiksów Dziki gon oraz Burza i pasja. Tym razem Hellboy (David Harbour)  musi zmierzyć się z królową krwi, Nimue (Milla Jovovich), oraz jej antropomorficznym guźcem-sługusem, Gruagachem (Douglas Tait). Okazuje się jednak, że piekielny heros ma odegrać kluczową rolę w planie wiedźmy, który zakłada – a jakże – sprowadzenie zagłady na ludzkość. W szranki ze złem staje więc całe Biuro Badań Paranormalnych i Obrony przewodzone przez przybranego ojca naszego bohatera, profesora Bruttenholma (Ian McShane), oraz dwoje sojuszników w postaciach majora Daimio (Daniel Dae Kim) i Alice (Sasha Lane).

17-hellboyweb
Od lewej: Daniel Dae Kim, Sasha Lane, David Harbour.

Pomimo dość szczątkowej historii,twórcy starają się wcisnąć do filmu jak najwięcej treści. Podczas seansu przewijają się więc arturiańskie legendy, łowcy olbrzymów (stylizowani na rycerzy Ni z Monty Pythona), źli naziści, Baba Jaga, baśnie Grimmów, wampiry, gigantyczne demony – bestiariusz i świat mają artystyczny potencjał i wielka szkoda, że ogranicza się głównie do ekspozycji. W odbiorze nie pomaga również uboga strona wizualna. Dylogię del Tora wyróżniały praktyczne efekty i plastyczność scenografii, z kolei w reboocie tego nie uświadczymy – większość maszkar została wygenerowana z użyciem paskudnego CGI. Co więcej miejsce akcji zmienia się co chwila, bez sensownego kontekstu, przez co Hellboy przypomina bardziej zbiór luźno połączonych ze sobą scenek, a nie dzieło filmowe. Twórcy poupychali do fabuły tyle materiału, że nie starczyło im miejsca na rozwinięcie postaci drugoplanowych. Nimue głosi tyrady o dyskryminacji, staje w obronie ciemiężonych stworzeń nocy i chce wytępić ludzkość – jej motywacja jest równie wiarygodna, jak gra aktorska Milli Jovovich. Nie lepiej wypada dwójka wspomnianych wcześniej stronników. Daimio to typowy trep z zespołem stresu pourazowego, z kolei Alice to zadziorne – i w słowie, i w czynie – medium, nic ponad to. Całkiem obiecująco zapowiadał się konflikt na linii ojciec-syn, który w każdej wersji (czy to u Mignoli, czy del Tora) odgrywał kluczową rolę. Bądź co bądź relacja między Hellboyem a profesorem Bruttenholmem została wygrana dość naturalnie (duża w tym zasługa charyzmy McShane’a). W ich słownych utarczkach pełno jest humoru, ale też dramatycznych momentów i przez dłuższą chwilę wydawało się, że ten wątek będzie najjaśniejszym punktem obrazu Marshalla. Finał ich sporu to straszne kuriozum – raz, że dialogi rażą infantylnością; dwa, sama otoczka „rozmowy” całkowicie pozbawia ją emocjonalnego ciężaru. Nie wiadomo, czy twórcy chcieli ten motyw obrócić w żart, a jeśli tak, to okazał się on czerstwy i niesmaczny.

Milla
Zblazowana Milla Jovovich

Sam humor chwilami naprawdę działa, nawet jeżeli jest go zdecydowanie za dużo i daleko mu do  kurtuazyjności. Film aż kipi od wisielczych gagów, bluzgów i przerysowanej przemocy, a całej „sztuce” wtórują kawałki Mötley Crüe, Alice’a Coopera i Muse. Fani Deadpoola nie powinni zanadto narzekać. Tak czy siak mając na pokładzie tak zdolnego reżysera – twórcę m.in. Dog Soldiers (2002) i Zejścia (2005), czyli dwóch świetnych horrorów – lepiej byłoby przelać tę „dorosłość” na sceny grozy. Pomijając festiwal cyfrowego gore, który przewija się przez cały seans, Marshallowi udało się w jednym momencie wykrzesać ducha kadrów Mike’a Mignoli. Chodzi rzecz jasna o scenę w domu na kurzych łapkach, czyli więzieniu Baby Jagi – ekipa od charakteryzacji i scenografii w końcu daje w niej upust swojej wyobraźni (projekt wiedźmy jest naprawdę przerażający!), a cały epizod utrzymany został w tonie komedio-horrorów Sama Raimiego. Gdyby cały film tak wyglądał, byłoby naprawdę dobrze.

baba-yaga-hellboy-1

Na Davidzie Harbourze spoczywał ogromny balast, bo fani nie wyobrażali sobie Hellboya bez Rona Perlmana. Gwiazda Stranger Things (2016-) nieco inaczej interpretuje tytułowego herosa – w tej wersji jest bardziej opryskliwy i porywczy, ale dzięki temu też bliższy komiksowemu archetypowi. Nawet charakteryzacja, choć oszczędniejsza niż u poprzednika, nadaje mu wiarygodniejszej aparycji. W tego Hellboya naprawdę można uwierzyć – gorzej mu z oczy patrzy, widać na jego twarzy bunt i wewnętrzny konflikt, ale wciąż ma dobre serce. Harbour zasługiwał na lepszy film, choć i tak wycisnął z całego skryptu naprawdę dużo.

Piętno dylogii del Tora okazało się zbyt silne, a producenci po raz kolejny okazali się największymi złoczyńcami – nowy Hellboy to klapa, ale na pewno nie jest dziesiątym kręgiem piekła, jak co niektórzy sądzą. Im dalej w las, tym bardziej staje się bolesny, ale przez większość seansu można się na nim dobrze bawić. Wypada też odrobinę lepiej od zeszłorocznego Venoma, bo nie wypacza – przynajmniej nie tak ordynarnie – materiału źródłowego. Fakt, twórcy wykorzystują całą podstawę dość bezwiednie, ale wciąż potrafią ją w kilku momentach przekuć na coś dobrego. Czy warto więc przejść przez to piekło? Można spróbować, ale tylko na kurzych łapkach, z Hellboyem, Babą Jagą i profesorem Broomem na pokładzie i obowiązkowo w akompaniamencie latynoskiej wersji Rock You Like A Hurricane*.  Przejażdżka może nie najwyższych lotów, ale wciąż w uroczo-campowym stylu.

4/10

P.S. Są dwie sceny w trakcie napisów – pierwsza komediowa, druga zapowiadająca potencjalny sequel – ale tak po prawdzie nie warto na nie czekać.


*) Chodzi dokładnie o cover Rock You Like A Hurricane Unprotected Innocence, który pojawia się w trakcie sceny walki między Hellboyem a wampiro-luchadorem (sic!).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s