[RECENZJA] Sicario 2: Soldado (2018)

KINÓWKI.pl

W kinie akcji nie ma miejsca dla moralistów

Pierwsze Sicario w reżyserii Denisa Villeneuve’a wydawało się produkcją kompletną, która nie wymagała rozwinięcia. Bohaterka grana przez Emily Blunt – będąca przeciwwagą w moralnie wypaczonym świecie karteli – wniknęła w otchłań, z której została wręcz wypluta i złamana. Albo się dostosujesz, albo umrzesz – w Juarez nigdy nie było miejsca dla idealistów. Odpowiadający za scenariusz Taylor Sheridan bardzo szczegółowo zobrazował cały półświatek, a narracja Villeneuve’a nadała produkcji artystycznego sznytu. Nawet pretekstowa historia, przypominająca uwspółcześnioną wersję Jądra ciemności, nie przeszkodziła Sicario w byciu audiowizualnym doświadczeniem – skoncentrowanym na obrazach i onirycznej otoczce, wywołującym ciągłe uczucie niepokoju. Dodatkowo w filmie znalazła się jedna z najlepiej wyreżyserowanych sekwencji akcji w historii kina, a chodzi tu oczywiście o scenę przeprowadzania konwoju przez meksykańską granicę. Ogłoszenie przez Sheridana potencjalnie dwóch kontynuacji Sicario spotkało się więc z dosyć mieszanym odzewem. Obraz nie zarobił zbyt wiele i nie aspirował do bycia kasowym przebojem – bliżej mu było do kina niezależnego, aniżeli rasowej sensacji. Ale plan to plan, wypada się go trzymać. Nawet jeśli wiąże się to z pewnymi wyrzeczeniami.

O tym, w jakim kierunku podążyła kontynuacja, sugeruje już zmiana na stanowisku reżysera. Denisa Villeneuve’a zastąpił Stefano Sollima (Gliniarze to dranie, serialowa Gomorra), który w swoich filmach penetrował już przestępcze półświatki, choć w dosyć zachowawczy sposób. Soldado jak na złość również trzyma się standardów kina gatunkowego. To sensacja bez filozoficznych zapędów – pełna strzelanin i one-linerów, afirmująca silne męskie wzorce. Niestety nie wszystkim – a szczególności zwolennikom pierwszego Sicario – spodoba się tak odważna przebudowa konwencji.

Po tym jak Kate Macer, bohaterce poprzedniej odsłony, cudem udało się wyjść z czeluści Juarez, na pierwszy plan wskoczyli męscy protagoniści – Matt Graver (Josh Brolin) oraz Alejandro (Benicio del Toro). Po zamachu islamskich ekstremistów rząd USA postanowił skorzystać z usług obydwu panów, by prześledzić kontakty terrorystów i uniemożliwić inne ataki. Podejrzenia padają na meksykańskie kartele, które – domniemywa się – pomagają dywersantom przechodzić przez granicę. Graver, agent federalny i spec od czarnej roboty, planuje więc na za zgodą władz porwać córkę jednego z narkotykowych bossów. Zrzucenie winy na konkurencyjną grupę przestępczą miałoby doprowadzić do wojny karteli, co ostatecznie zakończyłoby się interwencją militarną i zamknięciem granicy. Nie jest to jednak konwencjonalne zadanie, dlatego też Matt prosi o pomoc swojego wspólnika, Alejandra, czyli tytułowego sicario (pol. płatny zabójca). Niestety – wzorem schematów wyjętych z B-klasowego kina akcji – nie wszystko przebiega zgodnie z ich planem.

Sicario-2-recenzja-filmu
Benicio del Toro, Josh Brolin

W Soldado nie ma miejsca na ideowe manifesty. Szukanie jakiegokolwiek moralnego kontrapunktu w całej historii jest więc bezcelowe – ulotnił się on razem z postacią Macer. Tym razem Sheridan postawił na typowo męskie kino, w którym nie brakuje ciętych dialogów i widowiskowych strzelanin, szczególnie w pierwszej połowie filmu. I choć można krytykować scenariusz za trywializowanie problemu imigracji czy globalnego terroryzmu, to w takiej formule wciąż wybrzmiewa to dosyć wiarygodnie. Rząd USA pragnie odegrać się za zamach i śmierć niewinnych obywateli, z kolei Alejandro wciąż prowadzi osobistą krucjatę przeciw kartelom. Zemsta w obrazie Sollimy ma więc zarówno wymiar międzynarodowy, jak i intymny, ale szkoda, że sam wątek gryzie się nieco z prowadzoną tuż obok opowieścią o kryzysie męskości.

Sheridan w swojej historii wskrzesił westernowy topos rodem z Prawdziwego męstwa (1969) Henry’ego Hathawaya. Dzika natura Alejandra zmienia się wraz z poznaniem córki bossa, Isabeli (Isabela Moner), która przywołuje w nim wspomnienia o utraconej przeszłości. Wychodzi więc na to, że bezwzględnego asasyna, przez lata mordującego całe rodziny narkotykowe (włącznie z dziećmi), jest w stanie zmiękczyć nagła potrzeba ojcostwa. Po przywołaniu finału pierwszego Sicario motyw ten wydaje się mocno naciągany. Na drugim planie przewija się też opowieść młodego Miguela (Elijah Rodriguez) starającego się o pracę w kartelu. Scenariusz, wzorem poprzedniej odsłony, ma dwutorową narrację, a obydwa wątki w pewnym momencie zaczynają się zazębiać. O ile w Sicario taki zabieg miał dopełnić obraz świata ma skraju dekadencji, o tyle w Soldado ma dość kluczowy wpływ na kierunek trzeciej części (o ile takowa powstanie). Niestety sama konkluzja wywołuje dość ambiwalentne uczucia. Cały ciężar historii spoczywa więc na barkach Gravera i Alejandro – ich wspólne sceny okazują się najlepszymi w całym filmie. Panów łączy bowiem nie tylko czysto zawodowa więź, ale też – jak się okazuje w jednej ze scen – przyjacielska. Mają świadomość tego, że tylko za pomocą brudnych zagrywek mogą zachować równowagę w świecie karteli. Poza tym Matt częściowo legalizuje wendettę Alejandra – stoją na przeciwległych biegunach, ale mimo to przyświeca im wspólny cel. Ich relacja została wygrana bez fałszywej nuty, a Brolin i del Toro bezbłędnie zrozumieli intencję twórców. Nawet jeśli ich męskość zostaje poddana próbie, wciąż pozostają godnymi dziedzicami tradycji westernu.

0eaf8ca63fa77dda98730ede8c65062448ca0fe9
Isabela Moner, Benicio del Toro

Sollima to nie Villeneuve. Tak samo jak Hildur Guðnadóttir nie jest Jóhannem Jóhannssonem, a Dariusz Wolski Rogerem Deakinsem. Zarówno kompozytorka, jak i polski operator godnie kontynuują prace swoich poprzedników, choć ich audiowizualna oprawa nie grzeszy inwencją. Podobnie jest z samą reżyserią. Sollima ma rękę do scen akcji – nawet jeśli dramaturgicznie nie dorównują tym z jedynki – ale trudno nazwać go wizjonerem. Co najwyżej dobrym rzemieślnikiem. Soldado nie jest więc tak głęboki i niejednoznaczny jak poprzednik, ale sprawdza się jako niezobowiązująca sensacja. Tym razem Sheridan postanowił odpocząć od moralizowania, by zagłębić się w meandry kina eksploatacji. Zamiast podróży do otchłani wybrał więc męski wypad po kartelach. Ambicji w tym za grosz, ale rozrywki co niemiara.

6/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s