[RECENZJA] Dziedzictwo. Hereditary (2018)

KINÓWKI.pl

Niedaleko pada jabłko od jabłoni

Ari Aster – debiutant odpowiadający wcześniej za równie społecznie zaangażowane, co przerażające krótkie metraże – niespodziewanie okazał się jednym z największych objawień współczesnego horroru. Jego Dziedzictwo to makabryczny plac zabaw – reżyser ustawia bohaterów niczym figurki, stopniowo łamie ich psychikę i wywołuje wewnętrzne demony wyłącznie po to, by w finale zaserwować im psychodeliczną podróż do otchłani. Już dawno nie było w kinie grozy tak bezlitosnego twórcy – zarówno dla swoich postaci, jak i widzów.

Z treści nekrologu, który pojawia się na początku filmu, dowiadujemy się, że Grahamom zmarła babcia. Lwia część rodziny przyjęła jej odejście z ogromną ulgą, zresztą nie bez przyczyny. Staruszka cierpiała na zaburzenia psychiczne, a na dodatek była osobą dosyć skrytą i apodyktyczną. Córka (Toni Collette) powróciła więc do pracy nad dioramami inspirowanymi własną codziennością, z kolei zięć zmarłej (Gabriel Byrne), będąc swoistym sumieniem familii, obrał sobie za cel utrzymanie wszystkich domowników w ryzach. Nieco inaczej z całą sytuacją radzi sobie najmłodsze pokolenie Grahamów. O ile Peter (Alex Wolff) po śmierci babki wciąż prowadzi się jak chętny wrażeń nastolatek, o tyle jego 13-letnia siostra, Charlie (Milly Shapiro), zdecydowanie gorzej odczuła tragedię. Dziewczynka – choć sprawia wrażenie wycofanej, żyjącej we własnym świecie – była bowiem ulubienicą seniorki. I kiedy rodzinie wydaje się, że w końcu zaznała upragnionego spokoju, widzowie zwiastują ciszę przed burzą. Jednak nikt nie spodziewał się istnego huraganu.

hereditary
Toni Collette

W Dziedzictwie kluczową rolę odgrywają bohaterowie. Annie to kobieta złamana, która nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Brzemię kryjące się pod postacią matki w końcu odeszło w niepamięć, ale mimo to nie potrafi w pełni skoncentrować się na rodzinie. Wciąż trawi ją przeszłość, a jej wewnętrzne traumy dają o sobie znać niemal na każdym kroku. Z kolei mąż Annie, Steve, okazuje się osobą o wiele bardziej racjonalną i stabilną. Relacja małżonków została oparta na kontrastach – mają własne punkty widzenia, dlatego też unikają wspólnego rozwiązywania problemów. W centrum narastającego konfliktu są oczywiście dzieci. Paul łączy w sobie cechy obydwojga rodziców – z jednej strony dystansuje się od całej tragedii, z drugiej zaś skrywa własną traumę z przeszłości. Z kolei Charlie popada w jeszcze większą skrajność – jest antypatyczna, a jej przesadny spokój w niektórych momentach bywa dość konfudujący (szczególnie podczas konstruowania przerażających figurek). Przez pierwszą połowę filmu, Aster kreśli dramat o toksycznych relacjach oraz radzeniu sobie ze stratą. Odnosi się zarazem do psychologizmu Bergmana (tutaj kłania się chociażby Godzina wilka z 1968 roku), jak również do klasyków Polańskiego pokroju Wstrętu (1965) czy Dziecka Rosemary (1968), w których pod płaszczem zwykłej codzienności oraz rodzinnej dramy piętrzyła się prawdziwa groza.

Kiedy w filmie zaczynają pojawiać się wątki paranormalne, Aster postanawia wyszydzić gatunkowe klisze, a za cel obiera sobie opowieści o duchach. Nie znaczy to jednak, że Dziedzictwo zmienia się nagle w komedio-horror. Ironia w tym wypadku ma na celu nie tylko rozluźnić atmosferę, ale też uśpić uwagę widza, który nie jest przygotowany na to, co czeka go w finale. Tam reżyser dokonuje ostatecznej dekonstrukcji – wykorzystuje ograne schematy, ale jedynie po to, by chwilę później efektownie je przełamać. Atmosfera zaczyna gęstnieć, z ekranu wydobywają się już tylko krzyki, a kiedy ramy gatunku w końcu pękają, widownia czuje jedynie dyskomfort i konsternację. Psychozę tę dodatkowo potęguje ścieżka dźwiękowa autorstwa Colina Stetsona, będąca fuzją kakofonii i muzyki etnicznej, oraz zdjęcia naszego rodaka, Pawła Pogorzelskiego. Polski operator, który już na dobre zadomowił się w kinie zagranicznym (Tragedy Girls, Zakryty talent), po mistrzowsku manipuluje oświetleniem, a jego kadry są wysmakowane, oparte na długich i niespiesznych ujęciach.

p3.no
Od lewej: Milly Shapiro, Toni Collette, Gabriel Byrne, Alex Wolff

Zarówno Byrne, jak i młodsza kadra wypadli w filmie popisowo, ale i tak całe show skradła – tu bez zaskoczeń – Toni Collette jako Annie. Matka będąca na granicy depresji i paranoi oraz wzorcowa scream queen* w jednym – aktorka popełniła tu kreację godną najważniejszych nagród, która – znając realia i niechęć Akademii do wyróżniania filmów grozy – zostanie pominięta w przyszłorocznym wyścigu o Oscary. Szkoda, bo to jej najlepszy występ od czasu Szóstego zmysłu (1999).  Niemałym odkryciem okazał się też Alex Wolff wcielający się w Petera. Młody aktor w pełni wykorzystał swój czas ekranowy – świetnie operował mimiką, a w emocjonalnych momentach nie przesadził z szarżowaniem. Chwilami naprawdę trudno było uwierzyć, że to wciąż ten sam poczciwy chłopak z nowej odsłony Jumanji.

Kto by pomyślał, że to właśnie debiutanci będą odpowiedzialni za rozkwit współczesnego kina grozy. Jennifer Kent w swoim Babadooku (2014) oddała hołd klasykom gatunku, snując zarazem opowieść o trudach rodzicielstwa oraz tłumieniu żałoby, z kolei Robert Eggers w Czarownicy (2015) wygłosił manifest o podległościach wykorzystując do tego poetykę okultystycznego horroru. Ari Aster poszedł jednak o krok dalej. Nie tylko wykorzystał tendencje kina postgatunkowego – na których opierają się również wyżej wspomniane produkcje – ale dokonał też iście wirtuozerskiej reinwencji. Dziedzictwo. Hereditary  to taki La La Land wśród horroru, tyle że zamiast koherentnej struktury, reżyser upodobał sobie kontrolowany chaos. Stworzył solidną podstawę fabularną, zbudował suspens godny mistrza Hitchcocka, a na koniec wysypał całą garść motywów kina grozy. Niektóre wyolbrzymił, część odrobinę odwrócił, ale nawet tak brawurowe zabiegi nie pozbawiły filmu uczucia strachu i niepokoju. Co niektórzy powiedzą po seansie, że właśnie obejrzeli dzieło jakiegoś szaleńca. Aster to w pełni świadomy twórca, który nie tylko rozumie założenia gatunku, ale jest też wnikliwym obserwatorem. Bo kiedy Dziedzictwo pozbawi się całej tej horrorowej kanwy, to wciąż mamy do czynienia z opowieścią o traumach, postępującym obłędzie oraz demonach gnieżdżących się w naszej osobowości. Tych dziedzicznych, przenoszonych z pokolenia na pokolenie.

9/10


 *) (pol. królowa krzyku). Określenie na aktorki występujące głównie w horrorach lub thrillerach, gdzie pojawiają się w roli ofiary lub damy w opałach. Wzorcowym przykładem scream queen jest Jamie Lee Curtis, która zasłynęła z występów w popularnej serii slasherów, takich jak: Halloween czy Bal maturalny.

Reklamy

5 myśli na temat “[RECENZJA] Dziedzictwo. Hereditary (2018)

      1. Nie wątpię 🙂 Aczkolwiek ta nowa fala horrorów paranormalnych i skupiających się nawet bardziej na ludzkiej psychice niż na straszeniu jako takim bardzo mi odpowiada. Ostatnio w końcu obejrzałem „Sierociniec” – sztos po prostu i choć właściwie od początku wiedziałem kto i co to zaskoczenie było i tak mocne 🙂 Jestem bardzo ciekaw co Bayona ukręci po skąd inąd niezłym swoim „Świecie Jurajskim”. Tego zaś reżysera też jestem ciekaw, co ciekawego dalej zrobi – chyba że będzie jak z Shaylamanem czy jak mu tam – „Szósty zmysł” doskonały i dalej no cóż – najnowszego „Splita” nie widziałem i chyba nie zamierzam, tym bardziej, że prequela (?) również nie widziałem.

        Polubienie

      2. Akurat „Sierociniec” już w dniu premiery okazał się ograną pozycją z hiszpańskiej nowej fali. Był dobry, ale zostawił mnie z uczuciem deja vu. Potem zorientowałem się, że w bardzo podobny sposób tematykę śmierci poruszał del Toro w „Labiryncie fauna”. Tak czy siak, „Sierociniec” muszę sobie odświeżyć, bo moja przyjaciółka uważa, że obraz Bayony jest plagiatem (już nie pamiętam, jakiego filmu, ale na pewno się jej dopytam).

        Wydaje mi się, że współczesną falę horroru postgatunkowego zaczęły takie pozycje jak: „Babadook” i „Coś za mną chodzi”; potem zaś nastąpił istny renesans: „Czarownica”, „Under the Shadow”, „To przychodzi po zmroku”, czy „Mięso” to naprawdę świetne filmy. W ciągu ostatnich kilku lat wyszło tego zatrzęsienie, a sama tendencja wpłynęła bardzo pozytywne na mainstremowe kino grozy (takie jak „To” czy „Ciche miejsce”). Aster w „Hereditary” poszedł jeszcze o krok dalej, bo potraktował całe te mainstreamowe motywy jak paszę i wrzucił je do swojej psychodramy. Istna wirtuozeria. Poza tym oglądałem jego krótkie metraże (szczególnie polecam „The Strange Thing About the Johnsons” – to idealne wprowadzenie do jego stylu) i już na ten moment jest twórcą nieszablonowym, który w przyszłości może jeszcze namieszać. No i daleko mu do sentymentalizmu Shyamalana – myślę, że tak szybko nie wpadnie we własną pułapkę.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s