RECENZJA – Liga Sprawiedliwości (2017)

KINÓWKI.plNie ta liga

Wydawałoby się, że entuzjastyczne przyjęcie Wonder Woman przywróciło wiarę w kinowe uniwersum DC i wielu widzów z nadzieją wypatrywało Ligii Sprawiedliwości. Oczywiście jeszcze długo przed premierą przewijały się newsy o problemach przy produkcji, ale pierwsza zajawka z zeszłorocznego Comic-Conu ostudziła część obaw. Warner postanowił, wzorem Marvela, zmienić ton franczyzy na bardziej przystępny i rozrywkowy. Zniknęły więc pompatyczne dialogi na rzecz humoru i całkiem zgrabnych one-linerów. Machina marketingowa ruszyła i do pewnego momentu działała całkiem sprawnie. Właściwie przez kilka dobrych miesięcy. W maju tego roku Zack Snyder, w związku z rodzinną tragedią, opuścił plan zdjęciowy, a jego obowiązki przejął Joss Whedon. Decyzja okazała dość kontrowersyjna, bowiem Ligę Sprawiedliwości miał kończyć reżyser dwóch części Avengers. Czasu na dokrętki było niewiele, a tak nagła zmiana mogła odbić się na jakości filmu. Zatem, czy marvelowski duch sprawdził się w ponurym świecie herosów DC?

Już na wstępie warto napomknąć, że scenariusz to jeden wielki bałagan, a Warner nie wyciągnął żadnej lekcji ze swoich poprzednich produkcji. Przez pierwszą połowę filmu Batman (Ben Affleck) i Wonder Woman (Gal Gadot) rekrutują potencjalnych członków Ligii Sprawiedliwości, co okazuje się pretekstem do zaznajomienia się z nowymi herosami. Zdecydowanie najlepiej wypada historia Cyborga (Ray Fisher), której głównym motywem okazuje się strach przed utratą człowieczeństwa. Motyw może i oczywisty w przypadku zrobotyzowanego bohatera, ale dość wiarygodnie wybrzmiewa w filmie. Działa to niestety na niekorzyść Flasha (Ezra Miller) i Aquamana (Jason Momoa), którym twórcy poświęcili o wiele mniej uwagi. Szczególnie obecność tego drugiego wydaje się bezcelowa, bowiem poza dwoma krótkimi scenami (w Atlantydzie i kanałach), heros nie robi większego pożytku ze swoich podwodnych mocy. Ale za to niszczenie budynków mieszkalnych z użyciem trójzęba wychodzi mu nad wyraz sprawnie.

justice-league-movie-villain-steppenwolf

A nagroda dla „Najgorszego złoczyńcy w historii adaptacji komiksów” wędruje do…

W drugiej połowie dochodzi do konfrontacji z wrogiem tytułowej Ligii, który okazuje się jednym z najgorzej napisanych złoczyńców nie tylko w uniwersum, ale w historii kina superbohaterskiego. Celem życiowym Steppenwolfa jest po prostu niszczenie wszystkiego, machanie toporem, rzucanie na prawo i lewo groźbami, no i oczywiście zapalczywa chęć dominacji nad wszechświatem. Sam jednak nie jest w stanie tego dokonać, więc część jego wrogów zamienia w, napędzanych przez strach, Parademonów. Próżno szukać w jego interpretacji pastiszu czy dystansu, a całości nie pomaga aparycja antagonisty. Steppenwolf brzmi i wygląda fatalnie (nie jest to popis Ciarána Hindsa) i generalnie cała Ligia Sprawiedliwości efektami specjalnymi nie stoi. Obecnie to najgorzej wyglądająca produkcja kinowego uniwersum DC – pełna plastikowego oraz zbędnego CGI (z wygładzoną twarzą Cavilla na czele). Niektóre efekty wyglądają jak cutscenki z PlayStation 2, co w tych czasach jest wręcz karygodne szczególnie przy budżecie 300 (!) milionów dolarów.

O dziwo w natłoku wyżej wspomnianych wad pojawiają się elementy naprawdę udane. Tutaj na pierwszy plan wyłania się kreacja Supermana. I tak, nie jest to żaden spoiler, bowiem każdy możliwy materiał promocyjny zwiastował powrót Człowieka ze Stali. Pomijając fakt, co twórcy zrobili z jego twarzą oraz sposób, w jaki wrócił do świata żywych, to jak dotąd najlepiej oddany Superman na kinowym ekranie. Uśmiechnięty, pewny swoich mocy, potrafiący zostawić wszystko dla ratowania niewinnych i bezbronnych – istny archetyp prawdziwego superherosa. Poza tym ma jedną rewelacyjną scenę z udziałem Flasha, dla której naprawdę warto obejrzeć Ligę Sprawiedliwości – szkoda tylko, że pojawia się ona dopiero w 2/3 filmu. Po niezłym występie Mrocznego Rycerza w Batman w Superman, tutaj okazuje się być najsłabszym ogniwem w składzie i absolutnie nie za brak supermocy. Jest zrzędliwy i przemądrzały, a Ben Affleck nie do końca wie, jak poprowadzić tę postać – nie czuć w tej roli pasji i zaangażowania z poprzedniego filmu. Na ekranie ponownie błyszczy Gal Gadot w roli Wonder Woman, ale – po udanym wprowadzeniu w solowym filmie – nie ma co się dziwić. Od Amazonki bije charyzma i wyjątkowo dobrze sprawdziła się jako tymczasowa przywódczyni Ligii.

justice-league

Od lewej: Ben Affleck, Gal Gadot, Ray Fisher, Ezra Miller, Jason Momoa

Nawet pomimo okrojonych rysów historycznych całkiem nieźle działają interakcje między superherosami. Klasyczne podejście Jossa Whedona można dostrzec w sekcjach dialogowych, w których  nie brakuje humoru i one-linerów. Nawet wiecznie nakręcony Barry vel Flash, który co rusz popada w samozachwyt, ma swój urok, choć w samodzielnej produkcji (planowanej w 2020 roku) warto byłoby nieco udramatyzować tę postać. Liga efektywnie działa jako drużyna – większość scen akcji (o dziwo, z niewielką ilością slow-motion) opiera się na ciągłej współpracy oraz logicznym łączeniu poszczególnych mocy, co jest miłą odmianą względem Avengers. Tam herosi dochodzili do porozumienia stopniowo, aż do widowiskowego finału, tutaj zaś Snyder i Whedon od początku postawili na dynamikę i interakcje. Tyle dobrego.

Na nostalgii widzów stara się zagrać muzyka Danny’ego Elfmana. Kompozytor powraca do motywów z Batmana (1989) czy tematu Johna Williamsa z Supermana (1978) i wielka szkoda, że większość nawiązań sprawia wrażenie nachalnych, wciśniętych na siłę. W ścieżce dźwiękowej Ligii Sprawiedliwości zabrakło bardziej indywidualnego podejścia. Dodatkowo wartość filmu starają się podnieść niby-ważne wątki społeczne. Problemy emigracji, kryzysu twórczego, czy religijnego fanatyzmu zostały poruszone bardzo wyrywkowo i w tak nieuporządkowanym scenariuszu niemal w ogóle nie wybrzmiewają.

https _blueprint-api-production.s3.amazonaws.com_uploads_card_image_650313_d45ae802-0490-408d-9b88-ca771367c1fe

Ezra Miller

Warner zrobił kilka kroków w przód, ale niestety wciąż nie umie wykorzystać potencjału komiksowego uniwersum DC. Wraz ze zmianą tonacji powinna iść także jakość, a z tym drugim studio niemal od początku ma poważny problem. Liga Sprawiedliwości to produkcja tandetna, chwilami wręcz staroświecka, która miała zadatki na rasowe kino superbohaterskie. Niestety w takiej formie okazała się jedynie zlepkiem kilku efektownych scen i zabawnych dialogów, a nie od dziś wiadomo, że w tym gatunku nie chodzi wyłącznie o fragmentaryczną rozrywkę. Tym razem fuzja Snydera i Whedona nie do końca się „zgryzła”, a ich herosi wciąż nie stanowią zagrożenia dla marvelowskich drużyn. A tych ciągle przybywa – Avengerzy, Defenderzy, Strażnicy Galaktyki… A w DC bez zmian – wciąż nie ta liga.

4/10

P.S. Są w filmie dwie sceny dodatkowe. Jedna w trakcie (ta bardziej humorystyczna) a druga po napisach końcowych. I dla tej ostatniej naprawdę warto zostać do końca seansu.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s