RECENZJA – Obcy: Przymierze (2017)

KINÓWKI.plZerwane przymierze

Na wstępie warto jest wypunktować, co zaważyło o sukcesie serii o Obcym, gdyż będzie to miało istotne znaczenie przy ocenie końcowej tegorocznej produkcji Ridleya Scotta. Po pierwsze, wyrazista główna bohaterka, która czterokrotnie stawała w szranki z tytułowym monstrum. Ellen Ripley, grana przez Sigourney Weaver, do tej pory jest wzorem silnej kobiecej protagonistki. Po drugie, każdy film z klasycznej tetralogii* – choć nie zawsze tak udany jak dwie pierwsze części – konsekwentnie rozwijał świat przedstawiony, sięgał po różne gatunki filmowe i wyróżniał się osobliwym klimatem. I po trzecie, najważniejsze, Obcy wzbudzał przerażenie, kiedy krył się w ciemnościach, a jego pochodzenie pozostawało tajemnicą. Scott już w Prometeuszu, będącym prequelem serii,  starał się wyjaśnić pochodzenie Ksenomorfów** i choć film trudno jest nazwać udanym (głównie przez luki fabularne i absurdalne zachowania poszczególnych postaci), to przynajmniej starał się wiarygodnie poszerzyć mitologię świata. Pięć lat później reżyser postanowił kontynuować genezę stwora, tworząc coś na wzór pomostu prowadzącego do Ósmego pasażera Nostromo.

Akcja filmu dzieje się dziesięć lat po wydarzeniach z Prometeusza. Po nagłej katastrofie, załoga statku kolonizacyjnego Przymierze postanawia zboczyć z kursu i wylądować na nowoodkrytej planecie, która posiada idealne warunki do potencjalnego zasiedlenia. Niestety ten „raj” – pełen lasów i porywistych wodospadów – wydaje się tylko pozorny, bowiem zamieszkuje go pewna drapieżna istota. Na ratunek bohaterom przybywa, znany z Prometeusza, David, będący poprzednią wersją ich załogowego androida – Waltera.

O dziwo, najmocniejszym punktem całego filmu okazuje się być podwójna rola Michaela Fassbendera, który wciela się w wyżej wspomniane humanoidy. Aktor – choć traktuje swoje postacie z przymrożeniem oka – potrafi je uwiarygodnić na ekranie, nawet podczas wspólnych rozmów na tematy egzystencjalne. I to w  sumie jedyna – oprócz scenografii i pięknych zdjęć Dariusza Wolskiego – zaleta Obcego: Przymierze. Nie bez powodu we wstępie umieściłem elementy wpływające na kanoniczność serii, bowiem Ridley Scott – paradoksalnie – złamał stworzony przez siebie paradygmat. Niestety w najgorszy z możliwych sposobów.

Covenant

Załoga „Przymierza”

Po seansie trudno jest wyłonić głównego bohatera obrazu. Nie jest nim ani David, ani Walter – obydwie postacie są jedynie katalizatorem dwóch, następujących po sobie, zwrotów akcji, które można przewidzieć już w pierwszej połowie filmu. Nie jest to również Daniels (Katherine Waterston), będąca niezbyt udaną inkarnacją Ellen Ripley. Na tym potencjalni protagoniści się kończą, bowiem o pozostałych członkach załogi (trzymających się standardów politycznej poprawności) można powiedzieć tyle, że sprawdzają się jako pożywka dla kosmicznego drapieżnika. Zresztą nie ma co się dziwić, skoro twórcy obdarzyli ich poziomem inteligencji znacznie niższym od nierozgarniętych naukowców z Prometeusza.

I cała ta konwencja miałaby sens, gdyby Scott stworzył coś na wzór campowego Przebudzenia Jean-Pierre’a Jenueta. Niestety w tej rzezi rodem z B-klasowych horrorów (swoją drogą dość efektownej) reżyser postanowił podjąć się rozważań na temat transhumanizmu – cały ten filozoficzny wydźwięk zamiast nadać filmowi głębi, wywołuje konsternację. Podobny zabieg można było zaobserwować w drugiej części Johna Wicka – tam jednak artystyczne nawiązania były elementem scenerii podczas imponującego danse macabre, nadając wielu scenom wymiaru symbolicznego. W nowym Obcym scenarzyści (John Logan i Dante Harper) – dosłownie – wbijają widzom Keatsowe koncepcje upadku tytanów, Miltonowską wizję piekła, Goethowską problematykę samoświadomości, a wszystko to domykają Wejściem bogów do Walhalli*** Richarda Wagnera. W poprzednich filmach z serii również znajdowało się niemało rozważań nad istotą człowieczeństwa, a każdy z reżyserów dodawał coraz to nowe elementy do świata – Scott w pierwszej części wykorzystał strukturę opowieści gotyckiej, James Cameron przedstawił Obcych jako zhierarchizowany rój, a David Fincher zgrabnie wkomponował motywy chrześcijańskie. Seria ta od zawsze miała solidny fundament filozoficzny, nigdy jednak nie wykorzystywała go w sposób tak ekspansywny. Wysługiwanie się przypadkowymi odniesieniami do twórczości wyżej wspomnianych artystów nie wyniesie Przymierza na intelektualne wyżyny – nie zapominajmy, że wciąż mamy do czynienia ze slasherem o potworze, który morduje niezbyt rozgarniętych kolonistów.

Alien-Covenant-neomorph-1180x630

Neomorf

Czas przejść do clou tej recenzji, czyli tytułowego monstrum. Na początku Scott prezentuje Neomorfa, czyli tzw. proto-Obcego, który przenosi się do organizmów drogą kropelkową, a następnie formuje się w ciele nosiciela do niemal dorosłej formy. Wizja ta, wydawałoby się, jest bardziej praktyczna niż pięć etapów rozwoju Ksenomorfa****, w którego wcześniej wspomniany miałby ewoluować. No i tutaj ojciec serii poległ na całej linii. Geneza Obcego jest absurdalna, pozbawia stwora tajemniczości i grozy, a czarę goryczy przelewa finał, bezczelnie kopiujący strukturę znaną z pierwowzoru. Co najlepsze, to wciąż nie jest drapieżnik znany z oryginalnego obrazu Scotta, więc na jego ostateczną formę będziemy musieli poczekać do kolejnej kontynuacji. Pytanie tylko: po co?

Obcy: Przymierze stara się być zarówno sequelem Prometeusza, jak i prequelem Ośmego pasażera Nostromo, ale w konkluzji okazuje się produkcją źle skrojoną, pozbawioną własnej tożsamości. Zamiast postaci z krwi i kości dostaliśmy generyczną zbieraninę różnych stereotypów, napięcie zostało zastąpione tanimi kliszami, a ikoniczny potwór został doszczętnie pozbawiony godności – Ridley Scott powinien oddać tę serię w lepsze ręce (jak w przypadku nowego Łowcy androidów). A taka możliwość również się pojawiła, bowiem Neill Blomkamp (Dystrykt 9, Chappie) planował stworzyć alternatywną kontynuację drugiej części Obcego, w której mieliby wystąpić Sigourney Weaver oraz Michael Biehn (ponownie w rolach Ripley i Hicksa). Niestety pomysł ten został zawieszony na rzecz Przymierza, a sam film prawdopodobnie już nigdy nie wyjdzie poza świetne grafiki koncepcyjne*****. To cios wymierzony w policzek fanów, którzy oczekiwali bardziej kreatywnego podejścia do cyklu. Na ten moment przymierze reżysera z widzami okazuje się tylko iluzoryczne i – jak tak dalej pójdzie – może przerodzić się w wojnę.

3/10

*) Obcy – Ósmy pasażer Nostromo (1979), reż. Ridley Scott
Obcy – decydujące stracie (1986), reż. James Cameron
Obcy 3 (1992), reż. David Fincher
Obcy: Przebudzenie (1997), reż. Jean-Pierre Jeunet

**) (ang. Xenomorph; gr. ksenos + morphe – obcy kształt) – gatunek Obcego z oryginalnej tetralogii.

***) fragment opery Złoty Ren.

****) Jajo, Facehugger, Embrion, Chestburster i dorosły Ksenomorf.

*****) Przykładowe grafiki:

ripley

WBGAqlg

nielblomkampalien

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s