RECENZJA – Doktor Strange (2016)

7754674-3Magia totalna

Marvel kończy ten rok w wielkim stylu. Po znakomitej Wojnie bohaterów oraz dobrej passie na platformie Netfliksa (Daredevil, Luke Cage) studio nie planuje wyjść z formy. Producenci mają niewyczerpalny materiał źródłowy – pełen barwnych postaci, wątków i światów – który aż prosi o przeniesienie na ekran. Tegoroczny sezon Agents of S.H.I.E.L.D. wraz z debiutem Ghost Ridera wprowadził elementy metafizyczne do uniwersum. Jednak sfera duchowa wśród polityczno-szpiegowskich intryg dalej jest tematem tabu. W końcu pakty z diabłem pasują bardziej do literatury Goethego czy Dantego, aniżeli do genezy superherosa. Wątpliwości rozwiewa dopiero najnowszy film studia w reżyserii Scotta Derricksona,  speca od okultystycznego kina grozy (Egzorcymy Emily Rose, Sinister, Zbaw nas ode złego). Po atakach kosmitów, gangsterów, złej sztucznej inteligencji oraz organizacji nazistowskiej przyszedł czas na zagrożenie z innego wymiaru, z którym musi uporać się Stephen Strange. Przepraszam, doktor Stephen Strange.

Film mieści genezę tytułowego maga w ramach trzyaktowej opowieści inicjacyjnej, która w swojej strukturze przypomina Batman – Początek czy, daleko nie szukając, pierwszą część Iron Mana.  Na początku twórcy kreślą portret ekscentrycznego neurochirurga, który po wypadku samochodowym traci władzę w rękach, a w konsekwencji także sens życia. Odebranie mu umiejętności, niezbędnej do wykonywania jego zawodu, wprowadza go w stan skrajnej depresji. Dramat Strange’a jest wiarygodnie nakreślony, a bohater, po serii niepowodzeń,  zaczyna szukać niekonwencjonalnych metod leczenia. Benedict Cumberbatch w roli tytułowej sprawdza się wyśmienicie. W pierwszych minutach rzuca swoimi sherlockizmami* – bywa cyniczny i samolubny – ale dzięki temu jego przemiana zyskuje na autentyczności. Na ekranie towarzyszy mu Rachel McAdams jako Christine Palmer, przyjaciółka po fachu. Aktorka pokazuje, że nawet w ogranych rolach czuje się dobrze (jest też nośnikiem kilku udanych żartów), a w duecie z Cumberbatchem wypada naturalnie, nawet za zasłoną prostych dialogów.

null

Wraz z pojawieniem się Strange’a w tybetańskim Kamar-Taj zaczyna się drugi akt opowieści – nastawiony na eksplorację eterycznych światów oraz poznawanie tajników magii. Film zyskuje wtedy na komediowym wydźwięku (dzięki postaci Wonga oraz Pelerynie Lewitacji), a sam proces inicjacji prowadzony jest z odpowiednią lekkością i wyczuciem. To zasługa m.in. Tildy Swinton, która gra w filmie Przedwieczną – najwyższego maga w Kamar-Taj. W komiksie był to podstarzały Azjata, natomiast tutaj twórcy odważyli się nieco zreinterpretować tego bohatera, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Tilda gra z dystansem, rzuca sarkastycznymi uwagami, ale bije od niej charyzma i wszechwiedza. Nieco zawodzi Chiwetel Ejiofor jako Mordo. Aktor, znany ze Zniewolonego, chciał nadać psychologicznej głębi tej postaci – będąc zarówno  przyjacielem, jak i rywalem Strange’a – ale w konsekwencji jego późniejsza metamorfoza wypada naiwnie.

W ostatnim akcie – jak to zwykle bywa w kinie komiksowym – następuje konfrontacja z mrocznymi siłami. Głównym przeciwnikiem bohaterów okazują się być magowie, którzy sprzeciwili się prawom Przedwiecznej. Przewodzi im Kaecilius, grany przez Madsa Mikkelsena, który – niestety – dołączył do grona generycznych złoczyńców Marvela. Nawet świetna charakteryzacja i porządne aktorstwo nie były w stanie zrekompensować braku przejrzystego motywu. Wielka szkoda, że studio – mając na pokładzie samego Hannibala Lectera** – nie potrafiło wykorzystać jego potencjału. Na szczęście nie jest to najważniejszy element filmu, bowiem w tej części reżyser serwuje widzom feeryczny wręcz rollercoaster. To właśnie w scenach akcji – dziejących się tym razem poza ludzką świadomością – twórcy odsłaniają prawdziwą magię Doktora Strange’a.

null

Starcie w Nowym Jorku – z przemieszczającymi niczym w kostce Rubika budynkami, chodnikami i samochodami – to punkt kulminacyjny filmu. Derrickson z jeszcze większym impetem niż Christopher Nolan w Incepcji łamie prawa fizyki – zakrzywiona rzeczywistość jest tam jednocześnie wizualną ekspozycją, jak i polem bitwy. Magowie wykorzystują elementy otoczenia, zmieniają grawitację na swoją korzyść – w akcji wygląda to niesamowicie. Nawet finał w Hong Kongu, choć nie tak  widowiskowy, zaskakuje pomysłowym (a przy tym niezwykle zabawnym) wykorzystaniem pętli czasowej. Oczywiście, można pomarudzić na słabe modele CGI (szczególnie postaci), ale scenom z użyciem zaklęć nie brakuje rozmachu – pod kątem inscenizacyjnym to jedna z najlepszych produkcji Marvela. Zdjęcia Bena Davisa (Strażnicy Galaktyki, Avengers: Czas Ultrona) pogłębiają obcowanie z magią – hipnotyzują mozaiką barw i dynamicznym kadrowaniem. Nie z tego świata wydaje się też ścieżka dźwiękowa autorstwa Michaela Giacchino, inspirowana muzyką wschodnich kultur, ale gdzieniegdzie zaskakująca odważniejszymi formami (m.in. elementami rocka psychodelicznego lat 70. w The Master of the Mystic).

null

Scott Derrickson nakręcił kino pełne pasji, imponujące technicznie, choć utrzymane w konwencji klasycznych „początków”. Wszystkie schematy nikną jednak w bardzo swobodnej strukturze – lawirującej na granicy komedii fantasy i dramatu, a niekiedy nawet horroru. Reżyser nie byłby sobą, gdyby nie umieścił w filmie kilku scen grozy – w końcu obcowanie z tak niebezpieczną sferą trudno nazwać sielanką. Na szczęście tytułowy mag, w  porównaniu do bohaterów poprzednich produkcji Derricksona, radzi sobie z tym całkiem nieźle. Eteryczny świat Doktora Strange’a stoi teraz otworem i nikt jeszcze nie wie, jak wpłynie na całe uniwersum. Wiadomo natomiast, że by go zrozumieć, wystarczy dać ponieść się magii Marvela. Tym razem nie tylko w przenośni.

7+/10

P.S.  Warto zostać do końca napisów końcowych, bowiem twórcy przygotowali dla fanów dwie dodatkowe sceny.

*Benedict Cumberbatch znany jest również z roli Sherlocka Holmesa w serialu Stephena Moffata, (Doctor Who) emitowanym przez stację BBC. Pozwoliłem sobie na stworzenie neologizmu określającego charakterystyczne cechy w jego grze aktorskiej, przywodzące na myśl postać detektywa.

**Mads Mikkelsen grał Hannibala Lectera w serialu emitowanym przez stację NBC w latach 2013-2015. Twórcą serii był Bryan Fuller (Herosi).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s