RECENZJA – Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016)

7730589.3Niejasny (prze)świt

Olbrzymia kampania marketingowa, zapowiedź kolejnego kinowego uniwersum, gwiazdorska obsada… Autoreklama najnowszej produkcji Zacka Snydera pada nawet w filmie z ust samego Lexa Luthora: Najwspanialsza w dziejach walka gladiatorów. Bóg kontra człowiek. Dzień kontra noc. Od kilku miesięcy fani DC czekali na pojedynek dwóch najbardziej ikonicznych superbohaterów w historii kina i komiksu. Jedni wypatrywali Batman v Superman z nadzieją, inni – pamiętając chłodne przyjęcie Człowieka ze stali – z dużą obawą. Czy Snyder zasłużył na miano wizjonera i ojca uniwersum DCEU*?

Początek dobry, ale…

Zarówno wprowadzenie do historii Batmana, jak i scena zniszczenia Metropolis widziana oczami Bruce’a Wayne’a prezentuje się imponująco. Na początku Snyder raczy widzów retrospekcjami utrzymanymi w klimacie filmowej adaptacji Watchmen, by potem przenieść akcję za kulisy walki Supermana i Zoda – imponującej wizualnie i sprawnie budującej napięcie. Na tym pierwsze dobre wrażenie się kończy, bowiem chwilę potem zaczyna się odczuwać jedną z wielu bolączek Świtu sprawiedliwości – fabularny nieład.

Osobą odpowiedzialną za ten bałagan jest David S. Goyer – scenarzysta Człowieka ze stali, jak również kilku niezbyt udanych adaptacji komiksów, o których fani, szczególnie Marvela, woleliby zapomnieć (Blade: Mroczna Trójca, Ghost Rider 2). Wszystkie zarzuty krytyków związane z fabułą Batman v Superman są jak najbardziej trafione. Scenariusz ma całą masę luk, które będą w stanie uzupełnić wyłącznie fani komiksów (m.in. scena na pustyni, sny Batmana), nowe postacie i miejsca pojawiają się bez żadnego wyjaśnienia, a dialogi są mdłe i do bólu pompatyczne. Poziom patosu tego filmu przebija wszystkie produkcje Rolanda Emmericha razem wzięte. Kolejną niewybaczalną rzeczą ze strony Snydera i Goyera jest sposób, w jaki prezentują motywy i osobowość ikonicznych bohaterów. Może poza jednym wyjątkiem…

Smutny Nietoperek kontra Jezus z Kryptonu

Wszyscy, którzy narzekali na wybór Bena Afflecka do roli Batmana, powinni teraz ugryźć się w język. Odtwórca niesławnego Daredevila odpokutował swoją wpadkę sprzed przeszło dekady, racząc nas  nietuzinkową, a przy tym bardzo wiarygodną kreacją Mrocznego Rycerza. Jego Bruce Wayne jest charyzmatyczny, ale widać też, że podwójne życie odbiło na nim swoje piętno – wydaje się zgorzkniały i podstarzały. Jeszcze bardziej zaskakujące jest alter ego milionera. Batmanowi w tej interpretacji bliżej jest do antybohatera niż klasycznego herosa. Bywa brutalny i bezkompromisowy, zdolny nawet do zabójstwa w imię wyższej sprawy, ale trzeba przyznać, że akcje z jego udziałem są niezwykle efektowne. Pierwsze pojawienie się Batmana przypomina scenę z horroru, a sławna potyczka ze zwiastuna, wyraźnie inspirowana grami z serii Arkham, jest dynamiczna i sprawnie nakręcona. Towarzyszem Bruce’a jest Alfred – wierny lokaj, przyjaciel, a może skrzydłowy?  W sumie nie do końca wiadomo, ale jego nowe wcielenie wyraźnie nawiązuje do komiksów z serii Earth One, gdzie zajmował się ochroną rodziny Wayne’ów.  Scenariusz nie pozwolił jednak na rozwinięcie postaci Alfreda, a  szkoda, bo Jeremy Irons prezentuje się świetnie w tej roli.

618845_1.1

Tylu przychylnych słów nie mogę jednak powiedzieć o Człowieku ze stali. Snyder dalej stara się kontynuować motyw zbawcy ludzkości, ale tym razem rzuca wątpliwość na działania Supermana, pokazując obszerniejsze ujęcie społeczno-polityczne. Ma to sens, szczególnie biorąc pod uwagę wydarzenia z pierwszego filmu (walkę z Zodem, zniszczenie Metropolis). Niestety cała myśl ogranicza się do podniosłych mów oraz pokazywania masowych manifestacji, a sam Kryptonianin nie do końca ma świadomość swoich poczynań. Twórcy nie poświęcili wystarczającej uwagi temu wątkowi. Henry Cavill jako superbohater borykający się ze swoim mesjańskim piętnem jest nieprzekonujący – trąci naiwnością, sprawia wrażenie tępego osiłka – i nie przypomina wrażliwca z Człowieka ze stali. Nawet jako Clark Kent bywa irytujący i nie ma w sobie krzty dziennikarskiej iskry.  Nie lepiej prezentuje się Amy Adams jako Lois Lane. Goyer usilnie starał się podkreślić jej obecność w filmie, ale niestety bezskutecznie (ma nawet własny wątek, który nic nie wnosi do fabuły). Lois po raz kolejny okazuje się typową „damą w potrzebie”, ratowaną kilka razy w trakcie seansu. Poza tym między nią a Clarkiem nie ma chemii, a ich relacje pokazują jedynie dwie krótkie sceny w filmie.

Jak wypada starcie obydwu herosów? Tytułowa walka nakręcona jest rewelacyjnie – tempo jest dobre, efekty i sceneria robią wrażenie, a całość sprawnie oddaje ducha komiksu Powrót Mrocznego Rycerza Franka Millera. To zdecydowanie najmocniejszy element filmu. Gorzej natomiast wypadają motywacje bohaterów – Batman widzi zagrożenie w działaniach Supermana (co ma jakiś sens, ale żeby od razu go zabijać?), a Superman uznaje metody Batmana za nieetyczne (rzekł gość odpowiedzialny za setki nieumyślnych morderstw). W całej tej konfrontacji mamy jeszcze osobę odpowiedzialną za całą „ustawkę”, a jest nią…

Szalony Zuckerberg i jego troll

Twórcy zapowiadali nowatorskie podejście do postaci Lexa Luthora, które miało całkowicie zmienić spojrzenie na tego antagonistę. Tak też się stało, ale efekt końcowy nie jest wcale zadowalający. Jesse Eisenberg ponownie odtwarza rolę gaduły o niskim poczuciu wartości, który usilnie stara się być w centrum uwagi. W jego grze nie widać niczego świeżego – to szalona odsłona Marka Zuckerberga z The Social Network, która nijak ma się do komiksowego pierwowzoru.  Luthor od zawsze był dla mnie wzorem złoczyńcy – charyzmatyczny przywódca, manipulator, geniusz – i taką osobowość chciałem zobaczyć na ekranie. Zamiast tego mamy obłąkanego dzieciaka, rzucającego co rusz teistycznymi metaforami. Cały swój gniew, spowodowany kompleksem niższości, stara się przelać na meta-ludzi**, a za cel obiera sobie tytułowych superbohaterów. Niestety jego motywacje wydają się infantylne, a sama intryga przypomina szkolną „ustawkę”. Luthor to także zaradny oprych i zawsze ma przygotowane jakieś rozwiązanie (co, jak błędnie sądzą twórcy, miało być jego największą zaletą). Niespodziewany  – a przy tym kuriozalnie przedstawiony – rozjem dwójki herosów prowadzi do uruchomienia planu awaryjnego Lexa.

618844_1.1

Takim oto sposobem pojawia się Doomsday, będący skrzyżowaniem żółwia ninja oraz trolla z Władcy Pierścieni (sic!). Jego geneza różni się od tej przedstawionej w komiksach (gdzie był monstrum żyjącym w czasach antycznego Kryptonu), co na pewno nie spodoba się fanom uniwersum DC. Może nie jest jakąś głęboką postacią, ale jego pierwotna historia ma większy sens od wizji Goyera. Finałowa walka z Doomsdayem jest nafaszerowana efektami komputerowymi i ogranicza się do chaotycznego mordobicia przywodzącego na myśl ostanie Transformersy czy – daleko nie szukając – Człowieka ze stali. W rezultacie Świt sprawiedliwości pod kątem audiowizualnym jest przeładowany i – w kontrze z trylogią Mrocznego Rycerza Christophera Nolana – wypada sztucznie, co doskonale widać w scenie pościgu. Pojawienie się batmobilu nie wzbudza żadnych emocji, a samej sekwencji, przez przesyt efektów, brakuje dynamiki. Nie jest to poziom destrukcji jaką zaserwował nam tumbler w Batman – Początek. Z muzyką, napisaną przez Hansa Zimmera i Junkie XL, mam ten sam problem, co w przypadku Człowieka ze stali. Patos wylewający się z chórów i bogatych orkiestracji nuży tak samo jak dialogi między bohaterami, a serii brakuje motywu przewodniego, którego nuciłoby się przy każdej możliwej okazji (pod tym względem John Williams wydaje się niedościgniony). Wyjątkiem jest tutaj temat Wonder Woman, który zaskakuje gitarowym wejściem utrzymanym w nastroju filmów szpiegowskich z lat 70.

Zmierzch sprawiedliwości

Batman v Superman jest dokładnie tym, czego się obawiano – preludium do Ligii Sprawiedliwości, które nie wytrzymało natłoku treści. Trzeba przyznać, że Gal Gadot w roli Wonder Woman prezentuje się okazale – jest atrakcyjna, tajemnicza, a sceny z nią nadają filmowi luźniejszego tonu. Szkoda tylko, że jej wątek wydaje się wciśnięty na siłę, a historia Amazonki – przynajmniej do powstania samodzielnego filmu – może wydawać się niejasna (szczególnie dla osób niezaznajomionych z uniwersum DC). Cameo pozostałych meta-ludzi, którzy w przyszłości będą tworzyli Ligę Sprawiedliwości, wprowadzają jeszcze większy bałagan w fabule. Scena pokazująca ich zdolności nie grzeszy inwencją i miałaby większy sens, gdyby wylądowała po napisach końcowych. Twórcy powrzucali do jednego wora masę niepotrzebnych wątków i zrobił z tego dwuipółgodzinną sklejkę, która zapomina o fundamentalnej zasadzie kina superbohaterskiego – o postaciach.

628372_1.1

Zack Snyder chciał w jednym filmie zawrzeć wszystko, na co Marvel pracował przez lata. Avengersi mieli dobrze przygotowaną podstawę do takiej kompilacji, bowiem każdego z herosów zdążyliśmy już poznać w samodzielnej produkcji. Otrzymaliśmy efektowne kino nowej przygody – pełne humoru i interakcji między postaciami – które miało jeden ciąg fabularny. Adaptacje Marvela nigdy nie udawały czegoś ambitnego, były po prostu udaną rozrywką. W Batman v Superman jest na odwrót, tam wszystko jest mroczne i ciemne, dialogi są sztywne, a kolejni bohaterowie pojawiają się bez słowa wyjaśnienia. Konstrukcji świata brakuje solidnej bazy, a przez luki w scenariuszu widzom trudno utożsamić się z herosami. Gdyby twórcy skupili się na tytułowym konflikcie, wprowadzili więcej swobody i – przede wszystkim – porzucili temat Ligii Sprawiedliwości, otrzymalibyśmy ciekawszą produkcję. Człowiek ze stali zachował przynajmniej fabularną spójność, a motywy poszczególnych postaci (w tym głównego antagonisty – Zoda) wydawały się mieć większy sens. W przypadku Świtu sprawiedliwości wyszedł lepszy film Batmanie niż o Supermanie. Może Snyder darzy większą sympatią Nietoperza z Gotham? Kto wie…

Wielka szkoda, że ojcem uniwersum nie został George Miller, który miał odpowiadać za projekt Justice League: Mortal***. Zackowi Snyderowi brakuje praktycznego podejścia i wizjonerstwa na miarę twórcy serii Mad Max. Batman v Superman imponuje stroną wizualną, podobnie jak ujęciami odzwierciedlającymi komiksowe kadry, ale w tej wizji niewiele jest pasji. Już dawno nie oglądałem filmu, który jednocześnie starał się przekazać wszystko i nic – dostajemy dużo wątków, a niewiele konkretnej treści. Twórca 300 zdecydowanie lepiej odnajduje się w prostych opowieściach i na tę chwilę nie do końca rozumie swoją rolę w budowaniu nowej marki. Może i dobry z niego rzemieślnik, ale na pewno nie wizjoner. Zobaczymy, co David Ayer (Bogowie ulicy, Furia) pokaże w Legionie samobójców, którego premiera planowana jest na sierpień. W produkcji są także Wonder Woman oraz Aquaman, kolejno w reżyserii Patty Jenkins (Monster) oraz Jamesa Wana (Obecność, Piła), a gdzieniegdzie mówi się też o solowym występie Batmana pod pieczą samego Bena Afflecka. Przy takim asortymencie najnowszy film Zacka Snydera okazuje się jedynie małym prześwitem w tym uniwersum.

4/10

* Detective Comics Extended Universe – skrót od filmowego uniwersum DC
** Meta-ludzie – osoby obdarzone nadludzkimi zdolnościami, do których zaliczają się Superman, Flash, Wonder Woman etc.
*** Pierwszy film o Lidze Sprawiedliwości napisany przez małżeństwo Michele i Kierana Mulroney’ów (Sherlock Holmes: Gra cieni), który miał być wyreżyserowany przez twórcę serii Mad Max – George’a Millera. Projekt, z różnych przyczyn, został porzucony w 2009 roku. Obecnie kręcony jest dokument w reżyserii Ryana Unicomba dotyczący problemów związanych z realizacją filmu.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “RECENZJA – Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s